Tropikalna turystyka, na co zwrócić uwagę


Lato w pełni, chociaż nie specjalnie pogoda sprzyja, cały czas słyszymy o wycieczkach „marzeń”, czyli do krajów gorących, tropikalnych. Musisz pamiętać Szanowny Turysto, że niestety, jadąc z wycieczkami organizowanymi przez biura podróży, prawdziwego folkloru już nie zobaczysz. To, co pozostało, to przemysł typu naszej Cepelii z dawnych lat, doprowadzony do skrajności chińskimi błyskotkami.

Jedyne co jeszcze jest prawdziwe, to słońce.

        Także zdecydowana większość informacji podawanych w mass mediach głównego nurtu dezinformacji niewiele ma wspólnego ze stanem faktycznym. Dotyczy to zarówno treści historycznej, jak i medyczno – sanitarnej.

        Przykładowo, większość biur podróży zachęca ogłoszeniami, że w hotelach jest klimatyzacja. Problem polega na tym, że klimatyzatory posiadają filtry, które od założenia urządzenia nie są zmieniane [oszczędności]. Innymi słowy, klimatyzacja w tych krajach jest prawdziwą wylęgarnią bakterii i innego świństwa, niezbyt przyjaznego dla naszego zdrowia. Zauważ proszę Szanowny Turysto, że te sprawy są wstydliwie przemilczane.

        Moja rada po spędzeniu ponad roku w tropikach: NIGDY NIE KORZYSTAĆ Z KLIMATYZACJI, NATYCHMIAST PO WPROWADZENIU SIĘ DO POKOJU HOTELOWEGO JĄ WYŁĄCZYĆ.

        Rozmaitego rodzaju autorzy próbują “dawać rady podróżnym” opierając się nie na naukowych publikacjach, ale administracyjnych biuletynach, wydawanych przez Światową Organizację Zdrowia czy lokalne ministerstwa. Powoływanie się na zalecenia WHO, po “wpadce” tej organizacji z rzekomą pandemią grypy świńskiej, a poprzednio ptasiej, czy zakażeniem 61500 dzieci wirusem POLIO, nie jest najlepszą rekomendacją wartości zaleceń [raport Deborah Cohen z BMJ, sposób finansowania badań]. Nie należy zapominać, że administracja WHO niedużo ma wspólnego z nauką, czy też medycyną praktyczną. Mamy tego wiele przykładów, chociażby katastrofa w Bhopalu, Czarnobylu, na Haiti, czy w Fukuszimie, gdzie zalecenia WHO były całkowicie oderwane od rzeczywistości i spowodowały powiększanie strat biologicznych.

 [http://en.wikipedia.org/wiki/International_Medical_Commission_on_Bhopal]

        Nawet wycieczki organizowane do tzw. dżungli są po prostu trasami po starych zapuszczonych plantacjach. Łatwo to można sprawdzić patrząc na drzewa. Są one sadzone w szeregach, w jednej linii.

        Liczba chętnych do wędrowania z plecakiem niestety z roku na rok ulega zmniejszeniu.

        Podobnie należy ostrożnie podchodzić do opinii ekspertów, drukowanych w wielonakładowych czasopismach. Jak do tej pory, jedynym źródłem wiedzy dla tych osób są wytyczne WHO. Stąd ich częste bywanie na salonach telewizji. Żaden spośród nich nigdy negatywnie nie skomentował wytycznych WHO, dotyczących na przykład szczepień, czy zatruwania społeczeństw fluorem.

        Rozpocznę może trywialnie. Jeżeli na danym terenie nie ma właśnie zamieszek zorganizowanych przez służby specjalne znanych krajów, to można spacerować stosunkowo bezpiecznie wszędzie. Niestety, ostatnio w krajach najczęściej odwiedzanych przez Polaków zamieszki trwają permanentnie. Wyraźnie widoczna jest chęć przejmowania bogactw tych krajów przez zorganizowane grupy, dysponujące nie tylko wielkimi pieniędzmi, ale również posiadające odpowiednie służby.

        Osobiście nigdzie nie czułem się tak bezpiecznie, jak podczas pobytu w Delhi. Panuje tam prosta zasada: zawsze rację ma mniejszy. Duży musi uważać. Odwrotnie, aniżeli w Polsce, czy Rosji. Tak więc można się po Delhi [12 milionów mieszkańców, czyli 1/3 Polski w jednym miejscu] spokojnie przechodzić  na drugą stronę ulicy, nie obawiając się wypadków. W czasie trzech miesięcy pobytu [pieszej wędrówki] widziałem dwa wypadki komunikacyjne. Poza tym, społeczeństwo jest dużo lepiej zorganizowane i niezależne, aniżeli w Europie. Po potrąceniu ucznia przez samochód w Bophalu, następnego dnia kilkaset ludzi usiadło na ulicy, tarasując ją całkowicie. Już w południe rozpoczęły się roboty drogowe, budowa “leżących policjantów”. U nas trwałoby to 3-6 miesięcy i projekt zostałby schowany do szuflady pod pretekstem braku środków [z własnego doświadczenia w Gdańsku]. O wiele gorzej jest w “strefie rosyjskiej” w Kalkucie, tam mogą turystę rozjechać, podobnie jak na przykład w Moskwie, a więc trzeba bardzo uważać.

        Ale generalnie, posługiwanie się terminem Azja, Afryka, Ameryka Południowa, czy też Indie, w wędrówce turystycznej jest nieusprawiedliwione. Podobnie jak istnieje ewidentna różnica pomiędzy Włochami, a Norwegią. Powierzchnia na przykład Tajlandii wynosi 514 000 km2,  a więc jest prawie 2 razy większa od Polski,    Indii 3287 000 km 2, a więc prawie 10 razy więcej od Polski. Są to tak rozległe obszary, że w jednym końcu tego samego kraju możemy spotkać się z malarią, a w drugim  końcu absolutnie nie.

        Należy więc przed wyjazdem poszukiwać zaleceń zdrowotnych dla poszczególnych państw, regionów i miast, a nie obszarów geograficznych. Nawet w tym samym państwie mogą być obszary, na których istnieje potencjalne niebezpieczeństwo zarażenia się daną chorobą oraz inne, na których jest to wykluczone. Informacje zawarte w polskiej witrynie Ministerstwa Spraw Zagranicznych są nieistotne i mało przydatne w praktyce.

A więc ad rem.

        Szczepienia. Obecnie jedynym szczepieniem wymaganym przez Międzynarodowe Przepisy Zdrowotne Światowej Organizacji Zdrowia (International Health Regulations) jest szczepienie przeciwko żółtej gorączce, chorobie wirusowej o potencjalnie śmiertelnym przebiegu, przenoszonej przez komary w części krajów Afryki i Ameryki Południowej.  Jest to wymóg formalny, więc bez zaświadczenia o zaszczepieniu mogą do danego kraju nie wpuścić. Ale tylko w kilku krajach tych kontynentów, więc najpierw sprawdzić proszę, a nie bezmyślnie się szczepić.

        Link do mapy państwa afrykańskie, w których posiadanie książeczki szczepień przeciwko żółtej febrze jest konieczne.

 http://www.prisonplanet.pl/nauka_i_technologia/podroze_do_krajow,p517255102

        Mapa poniżej przedstawia państwa Ameryki Południowej, do których wjazd jest uzależniony od posiadania książeczki szczepień przeciwko żółtej febrze.

 http://www.prisonplanet.pl/nauka_i_technologia/podroze_do_krajow,p1277808039

        W pozostałych krajach nie są wymagane żadne szczepienia. W związku z powyższym, bez sensu jest szczepienie się i wprowadzanie wirusa do swojego organizmu. Wypada przypomnieć, że w każdej szczepionce znajduje się x set … żywych wirusów w celu wzmocnienia reakcji odpornościowej, nie wspominając o całej masie szkodliwych dodatków.

        Jeżeli już ktoś chce, to szczepić się powinien na co najmniej 8 – 13 tygodni przed planowanym wyjazdem. Przyjmowanie szczepionki na tydzień, czy też dwa przed wyjazdem, nie tylko mija się z celem, ale jest bezmyślnością, ponieważ przeciwciała jeszcze się nie rozwiną, a możemy mieć powikłania poszczepienne po przybyciu na miejsce i zamiast zwiedzania, zafundujemy sobie łóżko. Tego typu zupełnym nieporozumieniem graniczącym z głupotą było szczepienie w Polsce ludzi w trakcie powodzi w 1997 roku. Nie dosyć, że musieli walczyć z przeciwnościami losu, to dodatkowo osłabiano ich organizm poprzez szczepienie. Ale atmosferę strachu wśród niedoinformowanych można bardzo łatwo zasiać i zapewnić sobie zysk ze sprzedaży szczepionek.

        I to jest wszystko, co na temat szczepień powinien wiedzieć normalny Turysta, nawet ten wędrujący z namiotem, czy śpiący w czajchanach.

Wniosek:

        jeżeli chcesz być zdrowy w czasie wyprawy, nie szczep się. Wszelkie dywagacje na temat WZW, czy innych chorób, są niepotwierdzone i wynikają z handlowego interesu, a nie medycznych powodów.

        Najczęstszą dolegliwością w czasie podróży do tropików jest biegunka. Zupełnie nie wiadomo, a jakiej podstawie podaje się „biegunka infekcyjna stanowi najczęstszą przyczynę dolegliwości w podróży”. Biegunka tak, infekcyjna absolutnie nie. Ponad 90 % biegunek ma charakter osmolarny – inny rodzaj wody lub diety, na przykład za tłuste pokarmy. Tzw. jedno czy dwu dniowe biegunki, bez temperatury, nie wymagają żadnego medycznego podejścia. Jest to oczywiste dla każdego podróżnika.

        W starych, szczególnie angielskojęzycznych przewodnikach [masowo tłumaczonych obecnie i wydawanych w Polsce] znajduje się sporo przestarzałych informacji, a wiedza, także medyczna, idzie do przodu. W dużych miastach tropikalnych: Delhi, Kalkuta, Bangkok, Lima itd. woda wodociągowa spełnia wszelkie kryteria wody pitnej i namawianie do picia wody butelkowej jest pozbawione podstaw i sensu. Jest to po prostu reklama firm “produkujących” wodę, zawarta w kosztach wydania przewodnika.

        Podobnie zresztą wygląda problem wody butelkowanej w tropiku, jak w Polsce, gdzie wytwórnie sprzedają o 3-4 razy więcej butelek wody, aniżeli wynosi wydajność posiadanego ujęcia. Dlaczego polski turysta ma nabijać kabzę zagranicznym międzynarodowym koncernom? Nie wiem!!!

        Podobnie ostrożnie należy podchodzić do picia piwa. Większość taniego piwa jest przygotowywana na ”proszku chińskim”   z dodatkiem spirytusu. Napój nie ma nic wspólnego z chmielowym piwem.

        Picie wody [płynów] także musi być kontrolowane, W przypadku przebywania na terenie o dużym nasłonecznieniu koniecznie trzeba wypić od 3 do 3,5 litra wody. Ale już na wysokości ponad 4000 – 5000 metrów n.p.m. może to być nawet 5-6 litrów. Opiekowałem się 80-latkami na wysokości 4000 – 5000 m i ŻADEN NIE MIAŁ PROBLEMÓW zdrowotnych z odwodnieniem, czy też sercem [ przyjmowali swoje stałe leki, takie jak blokery kanału wapniowego, ISO, moczopędne. Od godziny 8.00 – 9.00, do zmierzchu, to jest do 18.00 byli na nogach. Bez problemów zdrowotnych!

        Pamiętać należy, szczególnie u osób starszych, aby uzupełniać płyny mniej więcej co godzinę. W związku z “bardziej sztywnymi” naczyniami osób starszych, ubytki wody mogą objawiać się omdleniami. Uzupełnianie w ilości około 100-150 ml co godzinę zapobiegnie tego rodzaju problemom. Niestety, w czasie wycieczek osoby starsze, z powodu zwiększonej częstotliwości oddawania moczu, ograniczają uzupełnianie wody. Jest to ewidentny błąd.

        Wymaga podkreślenia fakt, że w okolicach, w których panują silne wiatry, utrata wody jest większa. Tak więc pomimo, że nie odczuwamy upału, może dojść do odwodnienia i przegrzania organizmu, łącznie z udarem cieplnym. Występuje to dosyć często na przykład w trakcie spacerów brzegiem morza, czy oceanu. Wiatr daje złudne poczucie chłodu i zapomina się o konieczności uzupełnienia wody. Trzeba taką sytuację uwzględnić i odpowiednio często uzupełnić płyny, aby uniknąć udaru cieplnego.

        W przypadku wystąpienia udaru cieplnego, tj. wzrostu temperatury nawet do 39C, dreszczy, należy stosunkowo szybko wypić, nawet na siłę,  około 2 litry zimnej wody. Kontrolować puls i temperaturę. Można spożyć lody. Zimne okłady na głowę. Dobre nawodnienie i oziębienie powoduje powrót do dobrego samopoczucia po około 6-10 godzinach. Lepiej następny dzień przesiedzieć w hotelu, z powodu występującego najczęściej osłabienia. Podniesienie temperatury i dreszcze zużywają duże ilości energii, a u osób starszych mogą być trudności z szybkim uzyskaniem glukozy niezbędnej do prawidłowej pracy mózgu i serca. Metabolizm w takich sytuacjach jest wolniejszy. Stąd odczuwalne następnego dnia osłabienie. Jedyne, na co trzeba zwracać uwagę, to tętno [powinno być w granicach 80 – 90 /min] i jasny kolor oddawanego moczu. Stan taki nie wymaga żadnego podawania leków.

        Sprawa biegunek. Nasz przewód pokarmowy posiada liczne kosmki, które zwiększają jego powierzchnię wchłaniania. Kosmki są “dostosowane” do jakości konsumowanego pokarmu. Jeżeli jemy raczej chudo, to kosmki tłuszczowe uległy zanikowi. W takiej sytuacji spożycie w kraju docelowym tłustego posiłku kończy się biegunką. Jeżeli natomiast zamiast całego obiadu zjemy dwie łyżki takiego miejscowego jedzenia, to po 3-4 dniach potrzebne kosmki odbudują się i potem możemy objadać się do woli. W przypadku wystąpienia biegunki, bez temperatury i bez specjalnych dolegliwości bólowych brzucha, wystarczy wypić jedną, czy też dwie butelki pepsi-coli i sprawa ustępuje. Dopiero przy dłużej utrzymujących się dolegliwościach trzeba sięgnąć po tabletki.

        Pamiętać również należy o tym, że tzw. dobre, nasze krajowe bakterie, to nie to samo, co dobre, ale zagraniczne bakterie. Inne bakterie trawią „polskie produkty”, a inne na przykład indyjskie. Trzeba spokojnie dokonać wymiany odpowiednich szczepów. Temu służy spożywanie w pierwszych dniach lokalnych produktów w małych ilościach.

        Poza tym, jedzenie przynajmniej jednego posiłku dziennie z ryżem eliminuje większość problemów. Wypada podkreślić, że ryż jest podstawowym produktem w tropiku, tak jak u nas ziemniaki. Ryż posiada doskonałe właściwości stopowania biegunek, wiedzą o tym doskonale pediatrzy i matki [lub odwrotnie].

        Tak więc w przypadku biegunek bez temperatury powyżej 38C wystarczy wypić 2 -3 litry pepsi i zjeść kilka porcji ryżu, dostępnego na każdym roku ulicy. Absolutnie proszę się nie obawiać sposobu przygotowywania tego posiłku. Jest tak długo gotowany, że wszelkiego rodzaju zarazki giną.

W żadnym przypadku nie należy brać w opisanej sytuacji antybiotyków!!! 

        Generalnie “antybiotyk” przyjmujemy dopiero wtedy, jeżeli łącznie z biegunką występuje temperatura, i to powyżej 38 C przez dwa dni.

        Bez obawy można jeść produkty przygotowywane na tzw. ulicznych straganach, na oczach kupującego. Te dania, czy to pieczone, czy gotowane, nie powodują żadnych problemów jelitowych chyba, że uwierzyliśmy tzw. kuchni śródziemnomorskiej i zapychaliśmy się przez ostatnie miesiące przed wyjazdem różnym zielskiem w rodzaju sałatek itd, a tutaj w tropiku dostajemy kawały tłustego mięsa.

        Jedynym zapobieganiem jest częste mycie rąk. Profilaktycznie żadnych tabletek wcześniej nie należy przyjmować.

        Bez sensu jest branie w podróż wszelkiego rodzaju doustnych preparatów glukozo – elektrolitowych płynów nawadniających, w rodzaju Floridal, Gastrolil, Orsalit. Jednym z dobrodziejstw globalizacji jest możliwość kupowania pepsi-coli na całym świecie, nawet w najmniejszych dziurach w tropiku. Po co więc obciążać się niepotrzebnie masą leków i zbędnymi wydatkami na zapas.

        Istotnym problemem w tropiku są komary, ale nie wszędzie. Tak więc trzeba dokładnie sprawdzić, czy na terenie do którego się udajemy, w ogóle ktoś słyszał o komarach. Na przykład w rejonie Lima, Paracas, Nasca – komary w porze suchej nie występują.

Należy pamiętać, że:

        Po pierwsze: komary reagują głównie na podwyższoną temperaturę, czyli na falę elektromagnetyczną, a nie na zapach. Jeżeli więc ubierzemy się zgodnie z sugestią autorów przewodników, czyli długie rękawy koszul, to temperatura naszego ciała ulegnie podwyższeniu i będziemy bardziej “widoczni” dla komarzycy [tak, tak, wszystko co złe, to płeć żeńska]. Jak wiadomo tylko komarzyce kłują i to najbardziej wieczorami. W tropiku należy oziębić skórę, czyli chodzić rozebranym. Skóra owiewana wieczornym wiaterkiem traci więcej wody i jest relatywnie zimna. Komar atakuje tylko ciepłokrwiste zwierzęta. Tak więc młodzi ludzie, kobiety w czasie okresu, mają większe szanse na ataki komarzyc. I pomimo szczelnego owinięcia się w ubranie, komarzyca zawsze dotrze do miejsca chwilowo nieosłoniętego.

        Po drugie: pomimo 20 lat szukania, nie znalazłem ŻADNEJ publikacji stricte naukowej udowadniającej, że rzeczywiście jest jakiś środek chemiczny zapobiegający ukłuciom komarów. Wręcz przeciwnie, z mojej wiedzy wynika, że smarowanie skóry utrudnia jej oziębienie, a tym samym zwiększa możliwości ataku komarzyc. Wielokrotnie obserwowałem u turystów anglosaskich, że szczególnie turystki, smarujące się co chwila jakimś paskudztwem, były pomimo tego pokąsane i z rozdrapanymi do krwi śladami ukłuć.

        Po trzecie: największa ilość informacji o tzw. repelentach znajduje się w starych przewodnikach angielskich, tłumaczonych obecnie na język polski. Niestety, większość informacji medycznych i sanitarnych publikowanych w Polsce opiera się na wiedzy sprzed półwiecza, z kolonii angielskich, na przykład popularne przewodniki Gazety Wyborczej.

        Po czwarte: komarzyce atakują tuż przed zachodem słońca i około 2 godziny po nim. Potem robi się chłodno i problem komarów znika. Większość turystów właśnie w tym czasie, przed zachodem słońca, wraca do hoteli i zaczyna spożywać posiłek. Oczywiście, w czasie posiłku uzupełniają niedobory płynów, najczęściej zimnym piwem, lub winem, zapominają przy tym biedacy, że alkohol rozszerza naczynia krwionośne i tym samym staje się taki delikwent bardziej widoczny dla komarzyc i bardziej atrakcyjny, ponieważ jest ciepły. Tak więc popijanie alkoholu w każdej postaci, przed i 2-3 godziny po zachodzie słońca jest absurdem, ponieważ sami się dopraszamy kąsania [potem można].

        Malaria jest najlepszym dowodem bezskuteczności działań zarówno WHO, jak i przemysłu szczepionkowego. Malaria to choroba, która corocznie zabijając od 1 do 2 milionów ludzi, nie “doprosiła” się ŻADNEJ szczepionki [podobno ostatnio to tylko kilkasettysiecy]. Prawdopodobnie społeczeństwa, na terenie których ona występuje, są za biedne, aby płacić koncernom farmaceutycznym olbrzymie prowizje – vide świńska grypa. [Podobno już przed 80 laty Polak opracował szczepionkę przeciwko malarii, ale w związku z zastrzeżeniem bezpłatnego jej stosowania nie znalazł się żaden rząd, ani koncern, gotowy do produkcji].

        Profilaktyka jest taka sama, jak w walce z komarami. Trzeba pamiętać, że czasy się zmieniły i tereny wokół turystycznych hoteli są wielokrotnie w ciągu roku spryskiwane środkami chemicznymi, że praktycznie komary zostały wybite. Tak więc jeżeli bierzemy udział w zorganizowanej wycieczce, prawdopodobieństwo kontaktu z malarią jest pomijalne. Jest to kilka – kilkanaście przypadków w roku, przy kilkuset tysiącach turystów. “Zaletą” malarii jest to, że nie można się zarazić od chorego człowieka.

Wirusowe Zapalenie Wątroby – WZW 

 

        Jest to jedna z najczęściej opisywanych chorób we wszelkiego rodzaju przewodnikach, na którą są narażeni „tropikalni” turyści. Prawdopodobieństwo zachorowania jest na całe szczęście pomijalnie małe. Choroba wirusowa zapalenie wątroby typu B jest uważana na zachodzie za chorobę weneryczną. Tak więc prawdziwy turysta nie ma szans jej “złapania”.

        Analizy epidemiologiczne udowadniją, że nie ma ŻADNEGO związku pomiędzy wprowadzeniem szczepień, a spadkiem zachorowań na WZW.

http://www.prisonplanet.pl/nauka_i_technologia/wzw_b_a_korupcja,p2091453113

http://tagen.tv/vod/2014/11/swiat-jest-inny-cz-1-szczepienia/

        Należy bardzo ostrożnie podchodzić do sformułowania: “niski poziom higieny”. Zarówno w Meksyku, jak i w Peru, jedynymi ludźmi wydzielającymi przykre zapachy byli turyści, najczęściej anglojęzyczni. Podobnie było w Indiach i Tajlandii. Proszę nie zapominać, że w Azji myje się najpierw pupę po defekacji, a nie rozsmarowuje  g….  papierem, jak w Europie. Papierowe ręczniki służą do osuszania umytej pupy. Europa, pomimo ponad 500 letnich kontaktów z Azją [ Vasco da Gamma] jeszcze się tego nie nauczyła. Co nie przeszkadza GIS -owi wydawać infantylnych instrukcji o wysokości kafelek w przychodniach.

        Reasumując, to turysta musi przestrzegać podstawowych zasad higieny, mycia rąk, o wiele częstszego, aniżeli w kraju. Kobiety natomiast muszą o wiele częściej się podmywać, aniżeli używać dezodorantów.

        Pisanie o tężcu, czy też wściekliźnie, jest nieporozumieniem. Możliwość spotkania się z tymi chorobami jest mało prawdopodobne.

Warto zapoznać się także z poniższym filmikiem to tylko 3minuty 54 sekundy http://www.youtube.com/watch?v=se4JC-AejBI

dr J. Jaśkowski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: