Państwo, którego historia budowana jest na kłamstwie nie może przetrwać


„Ten, kto pracuje nie dla idei, lecz dla rangi, orderu i złota, wszystko uczyni według rozkazu” – „Listy z okopów”.

                         40 lat pracy w zawodzie nauczyciela akademickiego upoważnia mnie do twierdzenia, że co najmniej od lat 70 – ych, ubiegłego wieku, następuje systematyczne niszczenie oświaty i nauki w Kraju nad Wisłą.

             „Wiadomym jest, że społeczeństwa istnieć nie mogą jedynie życiem materialnym, że nawet najpotężniejsze nagromadzenie zasobów materialnych, nie tworzy jeszcze ani państwa ani narodu, jako ciało nie stanowi człowieka. Czem duch dla człowieka, tem dla społeczeństwa myśl wspólna. Duch odróżnia człowieka od zwierzęcia, myśl wspólna odróżnia  społeczeństwo od gromady zwierząt; ona daje mu wyższy, wzniosły cel, który staje się czynnikiem zachowawczym, bo stwarza siłę ożywcza, która dopiero zdolną jest doprowadzić do równowagi, rządzić i kierować materialnymi zasobami. Społeczeństwa żyjące jako państwa, różne mogą mieć cele, różne tem samym cele odżywcze; zbawcze, jeżeli zgodne z ich powołaniem, zgubne, jeżeli stoją z nim w sprzeczności. Dla społeczeństwa, które  przestało istnieć w kształcie państwowym, najwznioślejszym, najszczytniejszym celem musi być odzyskanie państwa i historia budowania tego kształtu, a siłą odżywczą myśl i dążenie do niepodległości.

            To nie ulega wątpliwości i przyznają to mędrcy, powtarzają głupcy, stwierdzają dzieje.

            Idzie jednak o środki, a rozpoznanie takowych i ich wybór, dla społeczeństw, które przestały być państwami, równa się obraniu zbawczego, lub zgubnego celu, przez społeczeństwo żyjące jako państwo.

            Nie tylko najpotężniejszym środkiem, ale koniecznym warunkiem odzyskania kształtów państwowych jest zachowanie bytu narodowego. Dla społeczeństwa zatem podbitego i państwowo upadłego, najwznioślejszym i najszczytniejszym celem jest odzyskanie niepodległości, ale najpierwszym obowiązkiem być musi zachowanie bytu narodowego. Gdyby zatem siłą ożywczą stały się dla społeczeństwa, które przestało być państwem, myśli i dążenia do niepodległości, pochłaniające byt narodowy, siła ta zamiast twórcza, byłaby niwecząca cel ze środkiem, bo byt narodowy jest warunkiem koniecznym.

            Zatem utrzymanie bytu narodowego musi się stać celem dla siebie i stać sie siłą ożywczą, musi zapanować i górować nad wzniosłością i szczennością odzyskania niepodległości; do tego trzeba, aby poczucie obowiązku zapanowało nad życzeniami, rozsądek zwalczał wyobraźnię.” [St.Koźmian; Rzecz o roku 1863]

              „Podobnie jak po 1794 roku Polska upadła bez jęku, bez jęku leżała przez cały wiek XIX. i teraz leży bez jęku. Na próżno historycy nasi imionami zacnych synów chcą ocalić rdzeń narodu od potępienia, na próżno szlachetne porywy znikomej garstki usiłują podnieść do znaczenia bohaterskiej walki całego narodu, na próżno usprawiedliwiają obojętność ogółu liczebną przewagą zaborców.” [Listy z okopów 1922]

             Trzeba przypomnieć, że na około 120 tzw. rodów „hrabiowskich”, aż 65 zostało kupionych w latach 1794 – 1806, a jeszcze w 1656 toku Sejm Rzeczypospolitej podjął uchwałę, że gardłem karać będzie każdego, kto tytuły zagraniczne przyjmować będzie.

             „Nie można również pominąć zgubnego oddziaływania błędnie wykładanych narodowi własnych dziejów, które raczej próżność w nim rozwijają, niż utwierdzają trafny o własnych siłach sąd. [St.Koźmian; Rzecz o roku 1863]”

             Już na samym początku powstania II Rzeczypospolitej świadomie popełniono straszny błąd, pozostawiając tzw. naukowców galicyjskich na stanowiskach uniwersyteckich. Podobny błąd popełniono, również świadomie, po 1990 roku. Jak można twierdzić, że człowiek, który pisywał panegiryki o stanie wojennym, nagle ulegnie przefarbowaniu i zacznie pisać prawdę?

             Współcześnie niszczenie oświaty, a więc bytu narodowego, rozpoczęło się po przekupieniu tzw. aparatu partyjnego z gensekiem Gierkiem, rzekomymi pożyczkami, które poszły na wielkie budowle socjalizm, takie jak rurociągi, celulozownię Zabajkalską, energetyka atomowa, czy wojnę w Afganistanie. Proszę zauważyć, że ćwierć wieku po rzekomej zmianie ustroju nadal żaden historyk zawodowy – państwowy, nie chce opracować materiałów dotyczących udziału Polski w awanturze Afgańskiej? A przecież to ostatni moment. Żyją jeszcze świadkowie tych wydarzeń. Potem będą tylko  konfabulacje albo tak modne obecnie opieranie się na dokumentach fabrykowanych pod biurkiem i po faktach. Dziwi mnie ta komunistyczna cecha opierania się na dokumentach, a nie na świadkach. Szczególnie na dokumentach wytwarzanych w określonym celu, tj. uzasadnienia takich, a nie innych działań grup trzymających władzę. I o to widocznie chodzi.

             Po przeprowadzonej reformie szkolnictwa, zgodnie ze starymi zaleceniami agenta Du Pointa z 1774 roku, działającego pod nazwą Komisji Edukacji Narodowej, ponad 80% społeczeństwa pozbawiono nauki historii. Historię mogli „wytwarzać” tylko urzędnicy rządowi, zatrudnieni na państwowych posadach. Jak uczy doświadczenie, ani w okresie 50 lat po wojnie, ani przez ostatnie 25 latach, ŻADEN oficjalny ośrodek nie podjął się opracowania tzw. białych plam.

 Po wojnie  1939 roku, nie opracowano sprawy dezercji aż 6 „polskich” generałów, dowodców armii w kampanii 1939 roku. Porzucenie przez nich oddziałów przyczyniło się bezpośrednio do klęski Armii.

 Po wojnie, pomimo istnienia pojęcia zimna wojna, czyli ciągu dalszego, nie opracowano faktu istnienia polskich obozów karnych dla ludzi uważających sowietów za przeciwników, a znajdujących się na terenie Anglii i USA. A przecież w owym czasie państwa te były przedstawiane jako przeciwnicy i wrogowie. Czyli gdyby naprawdę jakaś zimna wojna istniałą, to komuniści mieli doskonały materiał propagandowy. „U was też były łagry nie tylko u Stalina, miłującego pokój”.

 Nie opracowano po wojnie sprawy mordów ponad 100 000 ludzi w latach 1918 – 1945, poprzez zatopienie ich w „Morzu Białym”.

 Po 90. roku nie opracowano ani tzw. sprawy Afgańskiej, ani żadnej innej z wymienionych powyżej.

 Analiza publikacji wykonanych przez IPN i inne ośrodki wskazuje, że modnymi tematami były sprawy niszczenia Żydów, ale ujęte w bardzo specyficzny sposób, vide sprawa Jedwabnego, i przerwanie badań ekshumacyjnych na wniosek L. Kaczyńskiego z jednej strony i nagłaśnianie problemu przez mas media z drugiej strony.

Zdecydowana większość publikacji po 1990 roku, dotyczy dwóch tematów: tzw. żydowskiego i ukraińskiego, stanowiących tak naprawdę margines historii Polski. Oba tematy są wyolbrzymiane, a historia dotycząca większości społeczeństwa żyjącego nad Wisłą i Bugiem jest marginalizowana.

 W związku z tym, a może przede wszystkim, grupa reprezentująca władzę i aktorzy sceny politycznej, poprzez różne socjotechniczne sztuczki, wymazują z podręczników fakty dotyczące historii Polski.

 8.

To wymazywanie faktów czyli świadomości bytu narodowego, po 20 latach doprowadziło do upadku narodu jako formy politycznej istnienia i doprowadziło społeczeństwo do rozwoju poniżej plemiennego. Stworzone różne drobne grupki interesów. Pisałem o tym już przed wielu laty :” Czy Polacy są już Etruskami”?

             Jak napisał przed prawie 150 laty Stanisław Koźmian, historia stanowi byt narodowy. Wymazanie z pamięci tego faktu powoduje, że społeczeństwa stają się bezwładną, łatwą do manipulowania masą.

            Jeszcze większe spustoszenie powoduje zafałszowanie historii, czyli przedstawianie hipotez jako faktów, albo wręcz podawanie nieprawdy. Największą szkodę wyrządza się jednak wtedy, kiedy te konfabulacje trafiają do podręczników szkolnych. Poprzez odpowiednie manipulacje zarówno liczbą godzin lekcyjnych, jak też zakresem i tematami, które wolno omawiać na lekcjach, dokonuje się takiego prania mózgów, że uczeń, chociaż wie, iż była Bitwa pod Grunwaldem, nie ma jednak zupełnie pojęcia dlaczego. Podobnie zresztą dzieje się z nauczycielami po 1990 roku. Prawie 100 % spośród nich nie wie kim był jego dziadek, czy pradziadek, co robił, gdzie pracował. I o to chodzi w publicznym systemie edukacji, wprowadzonym do Polski w 1774 roku.

             Na całe szczęście żyją jeszcze ludzie, którzy rozumieją istotę bytu narodowego i jego związku z historią. Ostatnio zgłosił się do naszego „Muzeum Sybir pro memento” pan Lechosław Witkowski z zaskakującymi materiałami.

            Pan ten w zapomnianych okolicznościach, pełniąc funkcję  drukarza  podziemnej Solidarności, w roku 1984 otrzymał dziwną kasetę magnetofonową. Zawierała ona zeznania świadków zbrodni, popełnionej przez NKWD na Polakach na terenach Ziemi Rzeszowskiej, a konkretnie z miejscowości  Turza, w drugiej połowie 1944 roku.

            Zapis magnetofonowy dotyczył zeznań bezpośrednich świadków tych zbrodni, zapisanych przez kapelana AK w okresie wojny, ks. Pelca, proboszcza z Sokołowa, zamarłego 3 sierpnia 1984 roku.

             Przesłuchanie taśmy tak wstrząsnęło panem Witkowskim, że bał się ją komukolwiek pokazywać i wieczorami przepisał cały zapis na maszynie, a następnie na domowej roboty powielaczu skopiował wiele razy. Następnie kopie te rozprowadzał w środowisku swoich dobrych znajomych.

            Potwierdza jego zeznania wycinek Nowego Dziennika z 3-4 stycznia 1987 roku z Londynu [ Stamford, Bridgeport, New Haven Ludwig Wagner]. Autor artykułu w Nowym Dzienniku podaje, że do LONDYNU DOTARŁA kaseta z owymi zeznaniami, nagranymi przez ks. Pelca oraz wspomniana 14-stronicowa broszurka zapisu magnetofonowego.

W obiegu istniała jeszcze jedna kopia tych zeznań, już z obrazkami i drukiem lepszej jakości, wydana przez niezależną oficynę, z zaznaczeniem „przedruk”.

             Dlaczego to wyjaśnienie jest takie ważne?

            Cały zapis magnetofonowy zeznań świadków nagrany przez ks. Pelca dotyczy bowiem mordów dokonywanych przez NKWD zaraz po wkroczeniu do Polski w 1944 roku. Do 1990 roku nikt nie śmiał nawet wspomnieć o takich zbrodniach. Nawet po 1990 roku dziwnie mało publikacji Głównej Komisji do spraw Badania Zbrodni na Narodzie Polskim, jak i IPN, dotyka sprawy mordów sowieckich. Nie mówiąc już o dokładnym wyjaśnieniu, czy zbadaniu. A sprawa jest bardzo istotna.

 W wielkim skrócie, przedstawia się następująco.

            W 1946 roku spis wykazał, że pomiędzy 1938 a 1946 rokiem ubyło 13-14 milionów Polaków. Różnie to szacowano, ale generalnie przyjęto, że ponad 6 milionów zostało zamordowanych przez Niemców w obozach koncentracyjnych, lub rozstrzelanych w zorganizowanych masakrach, vide Mordy w Bydgoszczy w 1939 roku.

            Zdecydowana większość tych ofiar miała zginąć w Oświęcimiu – Aushwitz. Jednak w 1990 roku Dyrekcja Muzeum w Oświęcimiu zmieniła liczbę ofiar, redukując ich ilość o 80%, do nieco ponad miliona.

            Nikt z aktorów sceny politycznej nie zastanowił się nad konsekwencjami takiej redukcji. Nagle brak jakiegokolwiek wyjaśnienia, gdzie podziało się ponad 5 milionów Polaków.

            Nie wiem gdzie się podziali ci ludzie, ale wyjaśnieniem, jednym z wielu, może być historia opowiedziana przez świadków takich zdarzeń, jak te zanotowane przez ks. Pelca i wydrukowane przez Lechosława Witkowskiego – „ Ku pamięci”.

             Takich miejsc zagłady jest dużo więcej. Na przykład w Gdańsku, na końcu dawnej ul. K. Marksa, a obecnie J. Hallera, idąc w stronę morza, niedaleko od brzegu, po stronie prawej znajdował się cmentarz, a przy cmentarzu strzelnica. Jak zeznają świadkowie okolicznych domów w latach 1946- 49 [ niektórzy twierdzą, że do 52/3], nocami słychać było salwy oddawane w tej strzelnicy, a następnego dnia można było na cmentarzu oglądać świeże mogiły.

            Kilka lat temu cmentarz został sprzedany deweloperowi, który wybudował na nim 6 apartamentowców.

            Żaden  etatowy – państwowy historyk nie chce się pokusić na opisanie tej historii likwidacji Narodu Polskiego.

 Poniżej podaję zeznania świadków zbrodni w lasach Turzańskich.

Zapis z taśmy magnetofonowej; przepisany przez p.Lechosława Witkowskiego w 1984 roku.

Świadek pierwszy, żołnierz AK o pseudonimie „TANK”

             Był rok 1944 jesień, wtedy gdy sztab Koniewa kwaterował na Mazurach, tj. około początku września w Sokołowie stała szkołą NKWD – około 120 ludzi, którzy poszukiwali członków AK. Jak sztab Koniewa stal na Mazurach, to poszczególne wydziały były rozrzucane po całym terenie. W Trzebusce stało sadownictwo, które zorganizowało obóz [lagier] w domach  mieszkalnych, z których wyrzucono ludzi i w ziemiankach na terenie starej cegielni.

            Mimo, że NKWD wszystko robiło w ukryciu, myśmy się dowiedzieli, że jest grupa więźniów, których trzymają pod silną strażą. Właściwie zainteresowało nas to, że jak wyprowadzali ich na spacer, to byli oni w mundurach. Większość była w mundurach polskich.

            Jedną grupę trzymali w dolach; w takich ziemiankach, a drugą grupę – po wysiedleniu gospodarza o nazwisku Jan Rumak – osadzili w jego domu, gdzie najpierw powybijali szyby i zabili okna deskami.

            Byli tam oficerowie w mundurach polskich, byli też jacyś cywile, ale ich było mało. Prawdopodobnie był tam jakiś generał.

            Raz podeszły pod dom pana Rumaka dzieci bawić się i tam usłyszały głos z domku: „Dzieci to tu jest Polska?” Jedno z dzieci powiedziało to ojcu.

Pan Rumak zbadał sytuację i udało mu się podejść pod dom mimo straży NKWD. Spytał się: „Co chcecie?” Usłyszał głos, który powiedział, że jest z Kresów Wschodnich, podał adres i prosił o powiadomienie żony. Pan Rumak z tym adresem udał się do Wojtka Pikora, który przekazał sprawę księdzu Pelcowi.

            Po jakim czasie przyjechały dwie kobiety i zatrzymały się u sąsiada [wskazanego przez ks. Pelca], który obiecał im umożliwić kontaktu z mężem.

            Między strażnikami NKWD był taki Wasyl, z którym za wódkę można było wszystko załatwić. Kiedy on miał służbę dali mu tyle wódki, że się upił. Tak doszło do spotkania tych kobiet z mężami uwięzionymi w domu pana Rumaka.

            Niestety widzenie trwało bardo krotko, gdyż jak kobiety zobaczyły w jakim stanie są oni tam, to rozpłakały się. Gdy Wasyl usłyszał te lamenty, mimo, że był pijany, przestraszył się swojego czynu i przerwał to widzenie. Potem kobiety wyjechały.

             Dom i plac, na który wyprowadzali ich na spacery został ogrodzony wysokim płotem z desek. Jak to długo trwało nie pamiętam. Pewnego dnia zostały podstawione samochody i wywieźli ich tymi samochodami. Ale jak to się mówi, ludzie nie śpią, zauważyli, że samochody zostały skierowane przez Trzebusko w stronę lasu koło Turzy.

            Lasy koło Turzy były państwowe, ale zaraz od strony Sokołowa, po drugiej stronie Trzebuszki, są przylegle lasy prywatne. Oni trafili [sowieci] na las prywatny [ówczesny właściciel – p.Gładzik], bo gdyby sowieci trafili na las państwowy, to nie wiadomo, czy by się to wydało.

            Po jakimś czasie ludzie zaczęli mówić, że w tym lesie – na skraju – są jakieś groby.

            Myśmy to usłyszeli i jako Ak-owcy, których jeszcze garstka została [bo dużo wywieźli do Rosji, dużo aresztowali, a część uciekła na inne tereny Polski] zmówiliśmy się i w kilku poszliśmy szukać tych grobów.

            Właśnie w tym prywatnym lesie, trafiliśmy na masowe groby. Były one tak świetnie zamaskowane, że jakby kto nie wiedział o ich istnieniu, to by się nawet nie domyślał, że stoi na masowym grobie. Myśmy się zastanawiali gdzie podziała się ziemia z tych olbrzymich dołów, gdyż nie było widać żadnych pagórków. Na wierzchu grobów był mech i normalne poszycie leśne.

            Rozpoczęliśmy rozkopywać jeden z grobów. Warstwa ziemi przykrywała pierwszych zamordowanych. Wynosiła ona około 70 cm. Czy była tam jedna, czy więcej warstw ludzkich ciał, trudno powiedzieć, gdyż z grobu bił straszny odór. Trzeba zaznaczyć, że odkopania grobu dokonaliśmy gdzieś po dwóch miesiącach, około listopada. Odór był tak straszny, że nie można było wytrzymać i musieliśmy zmieniać się co parę minut. W grobach była maź czerwono – ruda, zmieszana z ziemią. Myśmy się zastanawiali, co to jest ta maź, która wydziela taki straszny odór.

Grób, który odkopaliśmy, miał wymiary: szerokość – na wysokość człowieka, a długość około 15 metrów.

            Takich grobów było siedem, a niektórzy mówią, że dziewięć. Myśmy wszystkich grobów nie mogli odnaleźć, bo były bardzo dobrze zamaskowane. Jedynie dokładnie ten las spenetrował właściciel.

            Myśmy odkopali tylko jeden grób. Ciała leżały obok siebie w tej mazi. Dopiero potem doszliśmy do przekonania dlaczego właściwie był taki odór. Okazało się, że był to „grób rzeźnia”, gdyż NKWD-ziści nie rozstrzeliwali więźniów, tylko zarzynali nożem i ta maź to była krew uchodząca z mordowanych [podkreślenie L.W].

             Dopiero niedawno jedna z kobiet, u której mieszkał strażnik NKWD mówiła, że tej nocy, co wywieźli więźniów z domu pana Rumaka, strażnik przyszedł spity i załamany. Udał się do tej kobiety z prośbą, aby ona przyprowadziła księdza, bo on tej nocy podrzynał gardła tym więźniom, bo Stalin skazał –  „kulka kosztuje trzydzieści kopiejek, to oni z powodu oszczędności podrzynali gardła tym więźniom. [ podkreślenie L.W.]

             Ale może robili to tak, aby nie było słychać strzałów? Ponieważ strażnik był pijany i w okolicy nie było księdza, na tym się skończyło. Na drzewach rosnących nad grobami zostały wycięte krzyże. Nie tylko nad tym grobem, co myśmy odkopali, ale i nad pozostałymi, które odnaleźli ludzie.

            Według moich obliczeń, w domu pana Rumaka, w domu spółdzielni i w jamach na terenie starej cegielni, było jednorazowo około 150  ludzi.

O dokonaniu tego mordu nikt nie wiedział, jedynie nieliczni mieszkańcy tej okolicy. Tylko my, byli Ak-owcy w ramach WiN, przesyłaliśmy o tym meldunki, ale już wtedy łączność się rwała i nie wiadomo, gdzie te meldunki utknęły.

             Pan Lechosław wraz z żoną Teresą zbierali osobiście materiały do tej sprawy w latach 1984/85 na terenie Turzy i w okolicach. Ludzie do ich pracy różnie się ustosunkowali, ale w większości pomagali. Jedną z ciekawostek była informacja, że po postawieniu krzyża na miejscu zbrodni, natychmiast „nieznani ” sprawcy niszczyli go, ale ludzie nie darowali i stawiali nowy. Pan Witkowski próbował zainteresować tą sprawą Biskupa Tokarczuka, ale rozmowa nie dała żadnego efektu…i zakończyła się tylko na małej broszurce.

 Ps. Te doły, zwane ziemiankami, są pospolitym sposobem przechowywania więźniów w Azji. Młodsze pokolenie może to zobaczyć na filmach z Rambo.

dr J. Jaśkowski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: