Wielki, cichy Bohater – Szmugielnik


„Apel do Czytelnika” pierwszej polskiej poetki Anny Stanisławowskiej, primo voto Warszyc, secundo Oleśnickiej, tertio Zbąskiej z 1685 roku. Pani rządzącej połową województwa.

            Dlaczego nie ma o niej ani słowa u tzw. feministek, ani w podręcznikach szkolnych języka polskiego?

             Tak się jakoś dziwnie składa, że z historii wypoconej przez urzędników zaborczych na uniwersytetach lwowskim, czy krakowskim, w pamięci pokoleń mają się utrwalić tylko postacie rycerzy, żołnierzy, hetmanów.

            Każdy przeciętny zjadacz chleba musi się jednak zastanowić, kto i za jakie pieniądze przygotowywał te tysiące strzał, szabel, kopii. Przecież to się samo nie tworzyło. Ktoś musiał umieć tak to „żelazo” obrabiać, że szabla się nie łamała, a pancerz nie pękał.

            Ktoś musiał tym wszystkim żołnierzykom przygotowywać buty, mundury. Przypomnę, że jednym z istotniejszych powodów upadku Napoleona w kampanii 1812 roku byli „krawcy”. Tak, tak, to nie śmiechy. „krawcy” tak nędznie przygotowali te setki tysięcy mundurów z najtańszymi guzikami cynowymi, że na moskiewskich mrozach to wszystko trzaskało i dzielny żołnierz niemiecki, czy włoski, walczący w armii francuskiej, musiał trzymać spodnie w garści, a nie karabin.

Jednak polskie oddziały idące na Moskala tych problemów nie miały.

            Kolejnym i jednym z najważniejszych problemów w czasie wojny jest żywność. Jakoś tak się dziwnie dzieje, że każdy historyk z cenzusem zajmuje się armatami, czołgami, a ostatnio i samolotami, ale nikt nie chce zajmować się porcjami i jakością jedzenia dostarczanego wojsku. Przypomnę, że niemieccy specjaliści w 1941 roku źle obliczyli racje żywnościowe. Pomylili się o ok. 500 kcal/dzień. Czyli dwie bułeczki. A jak potem dosłać te brakujące setki tysięcy bułek?

            Jeszcze gorzej przedstawia się sprawa wyżywienia ludności cywilnej, zamkniętej w oblężonych miastach,  podbitych krajów. Doskonale opisała to  Zofia Kossak-Szczucka w „Krzyżowcach”, kiedy to po zdobyciu Antiochii wszyscy mieli złota „pełne kabzy”, ale chleba nie mieli. Umierali więc z tymi woreczkami pieniędzy i nikomu już się nawet podnosić ich nie chciało.

            W dawnych czasach obowiązywał zwyczaj, że jak szlachcic chciał się schronić w zamku, na przykład przed najazdem tatarskim, to musiał mieć żywności dla siebie, rodziny i koni co najmniej na 6 tygodni. Inaczej nie był wpuszczany za mury. Ten okres był podyktowany faktem, że przeciwnik także nie miał puszek i czym większa była armia oblegająca, tym krótsze oblężenie, z powodu powyjadania wszystkiego, co było w okolicy.

             Co tam będziemy się zajmować takimi odległymi czasy. A jak to było w czasie „ostatniej”, czyli II Wojny Światowej w Polsce?

            Okupant niemiecki od razu ustanowił kontyngent przymusowych dostaw. Dla tubylczej, mniej wartościowej ludności wytworzył system kartkowy [vide stan wojenny]. Z opowiadań rodzinnych wiem, że na przykład chleba na dzień dawano w tym systemie 180 gram. Do tego marmolada, jakieś tam odpady mięsne, margaryna. Oczywiście tego wszystkiego była tyle, co kot napłakał i od razu musiał się stworzyć system zaopatrzenia nielegalny, czyli jakbyśmy to nazwali, pozakartkowy.

             Właśnie na ten temat wpadła mi w ręce mała książeczka Wiesława Barańskiego o Wiśle „Przewodnik po miejscach pamięci Powiśla od Zawichostu do Solca”, wydany w 2007 roku. W książeczce tej jest rozdział poświęcony szmuglowaniu żywności.

            Po zamknięciu Żydów przez Niemców w gettach, handel cały musiał przejść w ręce Polaków.

            Jak pisał Władysław Konopczyński: „Żydzi w Polsce nie byli drożdżami, na których kwitło życie ekonomiczne, byli fermentem, który rozsadził dawną gospodarkę ekonomiczną, a na jej miejsce nie stworzył niczego, co by podnosiło siłę gospodarczą kraju.”

            Tak więc, także dla Żydów w gettach, zaopatrzenie w żywność musiało być dostarczone przez Polaków znarażeniem właśnego życia. Za takie „dostarczanie” groziło rozstrzelanie.  Jak się szacuje, około 90% żywności dla miast, szczególnie dużych – Krakowa i Warszawy  i 100% żywności dla gett, było dostarczane przez szmuglerów Polaków, ryzykujących to życiem.

            Jest to jeden z nielicznych przypadków na świcie, kiedy to całe społeczeństwo solidarnie i zdyscyplinowanie ułatwiało prowadzenie „nielegalnej” gospodarki żywnościowej w Generalnej Guberni, tym skrawku pseudo Polski.

            Jak pisałem, rolnicy i drobni gospodarze zostali natychmiast po wrześniu obciążeni kontyngentem. Niewielkie nadwyżki jakie posiadali, kupowali indywidualni szmuglerzy, głównie kobiety. Pieszo i koleją, dzięki pomocy kolejarzy unikając łapanek, dowozili towar do domu,

            Szmugiel do Warszawy odbywał się przez wyspecjalizowane grupy organizacji wojskowych, takich jak AK, czy NSZ.  Tak zwane oddziały GL, czy AL, głównie zajmowały się rabunkiem i to nie tylko Niemców, ale również i przeważnie chłopów. Szczególnie znane są tutaj napady tzw. Gwardii Ludowej, czy oddziałów sowieckich i żydowskich w Puszczy Nalibowskiej.

            Grupy Al dodatkowo zajmowały się okradaniem wagonów kolejowych.

            Poniżej przedstawię mały fragment działań polskich organizacji, dostarczających żywność do Warszawy.

Armia Krajowa miała swoje bazy zaopatrzeniowe w folwarkach, zwane „Uprawami”,  na przykład u Gombrowicza na Potoczku, w Bałtowie, Czyżowie, Daniszewie, Kluczkowicach.

            Z własnej praktyki pracy w przychodni chirurgicznej, na początku lat 70-tych, podam, że w przeciągu roku miałem tylko 2 pacjentów przyznających się do przynależności do BCH i ani jednego z Al, czy GL. AK było sporo. NSZ  kilkunastu, ale twierdzili, że ich obowiązuje nadal przysięga i nie mogą mówić.

            Odziały NSZ starały się chronić ziemian, organizowały „lewe” transporty z dużych magazynów zbożowych, na przykład z Ostrowca Św., czy Kraśnika, gdzie magazynierem był ppor NSZ Kazimierz Safita. Nasłani przez władze niemieckie kontrolerzy najczęściej ginęli, łącznie z dokumentami, w niewyjaśnionych okolicznościach, tak jak pasażerowie Mercedesa na trasie Kraśnik – Annopol w 1943r.  .

            Większe trudności były z pozyskiwaniem mięsa z nielegalnego uboju.

Mąkę i mięso przewożono do Krakowa i Warszawy statkami. Okolice Powiśla obfitowały w sady wiśniowe i czereśniowe. Owoce w beczkach transportowano do miasta. Taki sadownik z Solca był w stanie załadować owoce na statek, dowieść je do miasta, korzystnie sprzedać i wrócić do domu w ciągu jednego dnia.

            Przewóz owoców był tolerowany przez Niemców, ponieważ soki potrzebne były dla żołnierzy Wehrmachtu, a miąższ po dodaniu buraków przerabiano na marmolady. Taką maź pakowano do 10-kilogramowych skrzynek, wykładanych papierem pergaminowym i sprzedawano na kartki.

            Niemcy nie orientowali się, że pod wiśniami czy czereśniami, opakowane w szmaty znajdowały się połacie mięsa i wędliny. Stałe kontrole najczęściej przeprowadzano na przystani w Sandomierzu, w Puławach i Warszawie. Szmuglerzy typowali jedną osobę z wypchanymi bagażami, którą natychmiast zatrzymywali wartownicy. Tutaj następowała zabawa, co, kto i po co. Osoba ta przeważnie nie miała nic trefnego. Pomimo tego, często kończyło się to zesłaniem. Natomiast reszta szmuglerów, praktycznie bez bagaży przechodziła spokojnie po trapie. Mięso i wędliny były skrywane pod płaszczami, kurtkami itd.

To wszystko to był tzw. drobny szmugiel,

            Proszę sobie obliczyć, jeżeli tylko w Gettcie w Warszawie było 300 000 Żydów, to trzeba było dostarczyć co najmniej 50 000 kg – 100 000 kg żywności. I to nie raz na rok, ale codziennie. A ile kilogramów żywności mogła unieść taka kobieta? Ile tysięcy ludzi musiało się w to angażować?  A Warszawa miała koło miliona ludzi, którzy musieli uzupełniać posiłki kartkowe.

            Dlatego władze podziemnego Państwa organizowały żywność w sposób hurtowy. Ten wielki szmugiel był organizowany przez kapitanów statków, we współpracy z retmanami. Odpowiednio pakowane towary wiązano na długiej lince tak, jak paciorki różańca. Taką linkę z workami zatapiano w Wiśle, a koniec przywiązywano do łodzi ratunkowej przymocowanej do rufy statku. Z wody wystawały tylko jakieś małe części, wyglądające jak śmieci płynące z prądem.

            Podobnie, wypatroszone świnie wiązano za pęciny, albo w ”talii” do sznura, a sznur mocowany w ten sam sposób do statku,  zanurzano w  wodach Wisły. Świnie oczywiście musiano obciążać kamieniami zaszytymi w opróżnionych brzuchach. Rzeźnicy dochodzili do takiej wprawy, że na jednym rzucie oka kończyło się wyważanie świni, tak aby nie wypłynęła i nie trzeba było poprawiać zaszytego brzucha.

            Jeżeli w Zawichoście nie było żandarmów ani podejrzanych osobników – szpicli, to załoga dawała retmanowi znak i podpływał on do statku z zamocowanym towarem. Jeżeli znaki wskazywały, że ktoś niepowołany się kręci, to retman wypływał na rzekę i w odpowiedniej odległości od przystani podpływał pod zbliżający się statek, sprytnie doczepiając linkę z towarem.

            Retmani dozorujący wyznaczony odcinek toru wodnego mieli specjalne niemieckie przepustki i nikt nie dziwił się temu, że pływali łodziami po rzece.

Przed Warszawą linkę odczepiano i towar spokojnie lądował w krzakach  na Saskiej Kępie, lub Czerniakowie.

            Proszę sobie wyobrazić, dzień w dzień te dziesiątki ludzi musiało, bez względu na pogodę, transportować żywność do miasta. Przecież na drogach stały posterunki żandarmerii i przewożenie samochodami było bardzo utrudnione. Benzyna była tylko dla niemieckich samochodów.

            I tak się to toczyło od 1939 roku do 1945 roku, przez 365 dni w roku. Była to praca znacznie ważniejsza, aniżeli strzelanie z karabinów. Dzięki tej pracy możliwe było przetrwanie wojny .

Władza sowiecka po 1945 roku zlikwidowała żeglugę wiślaną.

             Podobny szmugiel istniał w stanie wojennym, kiedy to hunta Jaruzelskiego alias Margulca alias Wolskiego alisas Słuckina chciała, aby społeczeństwo wyżywiło się 2.5 kg kości, ponieważ praktycznie nic innego w sklepach nie było. Z pamiętników  żołnierzy rosyjskich walczących w Afganistanie wiemy, że tuszonka była z Polszy. Także kolejarze i portowcy mówili, że w beczkach z napisem farba wywożono całe  tony żywności do Sowietów.

            Tak więc ludność dużych miast musiała zaopatrywać się w mięso samodzielnie przy pomocy szmuglerów. Sam brałem w tym udział, regularnie co 3 miesiące odwiedzając znajome wsie w odległości około 100 km od Gdańska. W oznaczonym dniu, wcześniej umówionym, telefonów komórkowych nie było,[a normalne także wyłączano – podsłuch], rano, zaraz po godzinie policyjnej wyjeżdżałem z Gdańska starą Syrenką, z wannami w bagażniku, z wyjętymi siedzeniami. Tak, tak te stare samochody można było rozbierać.

            Po około 2 godzinach byłem na miejscu. Dopiero wtedy zabijano cielaka i  przygotowywano do podróży. Poćwiartowanego wkładano do wanien w bagażniku.          Problem polegał na tym, że na rogatkach miast stały kontrole wojskowe, zatrzymujące samochody i sprawdzające bagażniki, szukając ulotek. Znalezienie czegokolwiek kończyło się nie tylko przepadkiem znalezionego, ale i konfiskatą samochodu, plus wyrokiem.

            Tak więc zabawa była jak się patrzy, jak tu przejechać rogatki, nie wzbudzając zainteresowania żołnierzy. Najgorsze było to, że trzeba było zdążyć wrócić przed godziną policyjną, a samochodów na rogatkach było zawsze w kolejce sporo. Jak się tak stało, a mięso było za mało obwieszone, to krew kapała z samochodu, a wałęsające się psy starannie ją zlizywały.

W takiej sytuacji wojsko miał ułatwione zadanie. Ale to inny temat.

            System kartkowy, zupełnie niewystarczający do wyżywienia ludzi [pokrycia zapotrzebowania na białko], spowodował nawrót gruźlicy w Polsce pod koniec lat 80. i na przełomie lat 90. No ale na to paragrafu nie stworzono. Jak twierdził J. Urban, „rząd się wyżywi”. Co widać do dnia dzisiejszego.

             Polska po 1945 roku stawi pomniki różnym osobistościom, niestety głównie według schematu przedstawionego przez carycę Katarzynę II. Nigdzie nie postawiono pomnika i nie dano medalu dla bezimiennego szmuglownika.

 Coraz częściej pojawiają się na różnych stronach internetowych takie napisy. A poza tym Polska jest wolnym krajem formalnie istniejącym.

Retman – osoba kontrolująca i odpowiadająca za transport rzeczny

Jak rozpoznać inostrańca? Polak zawsze używa liczby pojedyńczej ja zrobiłem, ja napisałem. Cudzoziemy piszą Polacy zrobili. Polacy chcą.

Tak więc Szanowny Czytelniki od razu masz wiedzę,kto jest kto.

Co można zrobić: nie kupować tej drukowanej papki.

Dr J.Jaśkowski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: