Pospiesznie wyprzedajemy tajemnice państwowe

Wkrótce w Polsce przekazanie tajnej informacji nie będzie możliwe ani po kablu czy światłowodzie, ani drogą radiową, ani przez komórkę.
Plus minus
Szykuje się jedna z głośniejszych prywatyzacji. Polkomtel jest znany jako operator GSM takich marek jak Plus, 36,6 i Sami Swoi. Państwo polskie kontroluje Polkomtel pośrednio poprzez akcjonariuszy: KGHM (ma 24,39 proc. akcji Polkomtela), Or-len (24,39 proc.) i Polską Grupę Energetyczną (21,85 proc). Na dniach ma dojść do sprzedaży Polkomtela, ma go kupić zarządzana przez Zygmunta So-lorza-Zaka grupa Polsat. Mówi się, że Solorz zamierza po jakimś czasie Polkomtel odsprzedać zagranicznemu inwestorowi – bardzo dużej brytyjskiej firmie, która tylko na to czeka. To jednak przypuszczenia. Na razie w resorcie skarbu państwa trwają gorączkowe przygotowania do tej prywatyzacji. Zanim jednak do niej dojdzie, na torcie zatytułowanym Polkomtel pojawi się bezcenna wisienka – firma Exatel. Do 4 stycznia tego roku Polkomtel mial złożyć wiążącą ofertę na zakup Exatela od PGIi (udziałowca Polkomtela- sic!).
Ostatnia sieć
Exatel to wart ok. 700 min zł operator przeszło 20 tys. km światłowodów położonych głównie wzdłuż najważniejszych linii energetycznych w kraju. PGE prowadzi sprzedaż Exatela w sposób, delikatnie mówiąc, zadziwiający. Z czterech chętnych (Netia, GTS, Mediatel i Polkomtel) wskutek proceduralnych zabiegów został tylko Polkomtel. Nawet handlarz pietruszką wie, że jak jest jeden kupujący, to on dyktuje cenę, a jak jest wielu chętnych na towar, to można cenę podbijać. W PGE widocznie nigdy pietruszką nie handlowali. Ważne, że w styczniu Polkomtel ma sobie zaklepać własność Exatela.
bxalcl posiada oslamie sieci strategiczne będące pod całkowitą kontrolą państwa, m.in. obsługuje sieci armii na najważniejszych traktach, również w relacjach z NATO. Exatel obsługuje też praktycznie wszystkie tzw. trzyliterowe służby (ABW, SKW, SWW, CBŚ, CBA itp.). Również spora część komunikacji rządowej biegnie po kablach Exatela. Odbywa się to po bezpiecznym, szyfrowanym i nadzwyczaj szybkim światłowodzie (320 Gb/s). Co bardzo ważne – Exatel oplata swoją siecią całą Polskę, a także posiada liczne łącza zewnętrzne w kierunku Europy i świata. Dość istotne jest też, że Exa-tel przy okazji jest siecią łączącą całą polską energetykę, co oznacza, że w przypadku awarii Exatela prądu nie ma w całej Polsce i w dwóch trze-cich Europy (europejskie systemy energetyczne są tak ściśle ze sobą powiązane).
To już było
Państwo polskie odda ostatnią bezpieczną państwową sieć informatycz-ną w ręce Solorza, który najpewniej opchnie ją jakiemuś zagranicznemu telekomowi. Nie będziemy lamentować, że właśnie pozbywamy się ostatniej szansy na bezpieczne przekazywanie informacji i że polska armia oraz polskie służby specjalne będą dla obcych wywiadów czytelne jak neony przy Marszałkowskiej. W dupie mamy bezpieczeństwo danych naszego wojska i speesłużb oraz rządu. Niech sobie nago paradują. Może mając świadomość permanentnej zewnętrznej inwigilacji, będą robili mniej głupot. Ale informacja to towar o dużej wartości, którego właśnie się pozbywamy.
W Polsce mieliśmy kiedyś operatora, który dysponował siecią kabli, światłowodów i strukturą nadajników radiowych tak rozbudowaną, że bez problemu pokrywala cały kraj. Jednak operatora tego, czyli Telekomunikację Polską, sprzedaliśmy konsorcjum Jana Kulczyka i France Télécom. Wkrótce kontrolowany przez francuskie państwo koncern odkupił od polskiego oligarchy akcje TP SA, dając w ten sposób Kulczykowi zarobić nie tylko na chlebek i waciki.
Od tego czasu (,zU05 r.) największa siec łączności w Polsce należy pośrednio do państwa francuskiego. Teraz dopełniamy dzieła, sprzedając ostatnią, cudem zachowaną, sieć w pakiecie z Pol-komtelem. Nawiasem mówiąc, nasze władze zasługują na pochwałę za konsekwencję: telekomunikacja – niech bierze rząd francuski, energetyka – rząd szwedzki, transport kolejowy – właśnie oddajemy w ręce rządu niemieckiego. A może by tak wprowadzić outsourcing samego rządu?
Koń trojański
Polskie wojsko i polscy dyplomaci przymusowo używają smartfonów blackberry. To takie telefony z rozszerzonymi możliwościami, przypominające w działaniu komputer. MON i MSZ zakupiły te urządzenia w ogromnej liczbie i rozdały najważniejszym osobom w obydwu resortach. Za decyzją o wprowadzeniu smartfonów blackberry zawsze stała ta sama osoba – Radosław Sikorski. Najpierw jako minister obrony narodowej (za rządów PiS), a następnie jako minister spraw zagranicz-nych (w obecnym rządzie;. Program dalszego rozpowszechniania smartfonów blackberry w wojsku intensywnie kontynuuje pozostający ministrem obrony narodowej Bogdan Klich.
W listopadowym numerze branżowego miesięcznika „Raport. Wojsko Technika Obronność” ukazał się artykuł Jana Gerlacha „Państwo przezroczyste dla obcych”. Używania smartfonów blackberry w administracji rządowej zabronili: Niemcy, Francja, Rosja i wiele innych państw na świecie. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że urządzenia te sprzyjają działaniom in-wigilacyjnym ze strony USA i niektórych sojuszników Waszyngtonu („Raport” nr 11/2010). Z używania blackberry zrezygnowała też Komisja Europejska, decydując się na telefony HTC i iPho-ne. W USA na początku 2009 r. NSA (Agencja Bezpieczeństwa Narodowego) stanowczo sprzeciwiła się, żeby Barack Obama używał standardowego blackberry. Widocznie jankesi sami boją się swoich służb. W Rosji najważniejsze osoby w państwie posługują się wyłącznie smarlfonem szyfrującym An-cort A-7, który działa w kontrolowanej przez państwo sieci MegaFon.
Tymczasem w Polsce trwa rozpowszechnianie smartfonów blackberry. Decyzją obecnego kierownictwa MON blackberry mają być na dniach dostarczone do Centrum Wsparcia Teleinformatycznego Sił Powietrznych w Warszawie i Rejonów Wsparcia Teleinformatycznego Sił Powietrznych w Poznaniu, Bydgoszczy i Krakowie.
MSZ za 1,6 min zł kupiło już 1,7 tys. blackberry dla wszystkich merytorycznych pracowników ministerstwa. W blackberry wyposażeni są nasi dyplomaci na placówkach, co może nabrać znaczenia z powodu zbliżającego się objęcia przez Polskę przewodnictwa UE. Przez te pół roku nasze placówki dyplomatyczne będą w praktyce placówkami dyplomatycznymi całej Unii.
Ściśle jawne
Jakoś tak się na świecie porobiło, że największą wartość stanowi informacja. Nie srebro, złoto, platyna, uran, nie brylanty ani dzieła sztuki, tylko wiedza zapisana w mega- i gigabajtach. Dlatego coraz więcej uwagi poświęca się zabezpieczaniu informacji przed dostępem osób nieuprawnionych. W czasie II wojny światowej alianckie osiągnięcia na polu odszyfrowywania niemieckich depesz spowodowały znacznie większe straty po stronie hitlerowców niż wybuch kilku bomb atomowych. Od tamtych czasów wiele się zmieniło, to prawda, żyjemy w dobie satelitarnych systemów szpiegowskich pozwalających na śledzenie nie tylko ruchów armii, ale nawet pojedynczych żołnierzy. Mimo to ochrona informacji jest bardziej ważna niż kiedykolwiek, czego dowiodły ostatnie wycieki danych za pośrednictwem portalu Wikilcaks.
Systemy łączności rządowej i resortowej (…) powinny mieć wielopoziomowe zabezpieczenia przed nieautoryzowanym dostępem. Liczy się unikalność rozwiązań, do których posiada się własne know-how. Używanie narzędzi dostępnych na rynku może być bardzo niebezpieczne. Urządzenia oraz oprogramowanie zakupione tą drogą i umieszczone w systemach łączności rządowej i resortowej bez gruntownej modyfikacji narażają bezpieczeństwo kraju – ostrzega Jan Gerlach w „Raporcie”. Rządzący zapewnili naszym urzędnikom niewątpliwie „unikatowe” rozwiązanie: dali im smartfony blackberry i zabierają ostatnią bezpieczną sieć łączności. A więc od dziś każdy ważny urzędnik, czy będzie gadał przez komórkę, czy wyśle coś przez internet, musi mieć świadomość, że informacja, którą przekazuje, jest ściśle jawna.”

„POLSKA GOŁA” NIE 1/2011

ANDRZEJ ROZENEK

Instytuty naukowej reklamy

Anna Szulc

Co łączy Danonki, Morlinki, wodę Żywiec Zdrój i kawę Astra? Rekomendują je nam polscy naukowcy. Za to niemieccy – wręcz przeciwnie.
Zdrowie się zaczyna od oleju z rekina” – jesienią zeszłego roku Tomasz Gąsienica-Józkowy, krakowski barman oraz poeta, ze skupieniem przeczytał nieskomplikowany wierszyk reklamujący dobroczynne działanie wątroby krwiożerczej ryby. Zaraz potem wpadł mu w ręce Preventic, suplement diety, który, jak zapewnia jego producent, „wzmacnia odporność, chroni organizm, przeciwdziała chorobom”. A to dlatego, że zrobiony jest z głębinowego rekina grenlandzkiego.
„Jeśli nie zginą w potyczkach z innymi morskimi drapieżnikami, żyją około 100 lat” – przeczytał o rekinach Gąsienica-Józkowy na stronie internetowej firmy Aflofarm, producenta Preventicu.

Na raka rekin

Barman się ucieszył, że będzie odtąd zdrowy jak rekin. Dotąd był słabowity i ciągle zakatarzony. Ucieszył się tym bardziej, że rekina rekomendował nie byle kto, bo Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi, podległy ministrowi zdrowia instytut naukowo-badawczy. Zaczął więc łykać kapsułki z ryby regularnie, a kiedy czuł się gorzej, podwajał, zgodnie z instrukcją producenta, dawkę paraleku. I co?
– I nic – irytuje się poeta. – Całą zimę przechorowałem. W życiu nie miałem takiego kataru!
Doktora Wojciecha Matusewicza, jednego z najbardziej znanych w Polsce specjalistów od farmakologii klinicznej, przypadek Gąsienicy-Józkowego wcale nie dziwi. Podobnie jak brak spektakularnych efektów po stosowaniu Preventicu.
– Przecież to tylko tran – uśmiecha się farmakolog. – Nie ma żadnych poważniejszych dowodów, że w jakiś szczególny sposób wzmacnia organizm. Nieprawdą jest także, że rekiny nie chorują. Zapadają na nowotwory jak inne zwierzęta.
Matusewicza niepokoją obietnice producenta. Na przykład zapewnienie, że Preventic „może powstrzymać powstawanie nowych komórek nowotworowych”. – Hipotetycznie możemy założyć, że pacjent, który uwierzy w cudowne właściwości rekina, postanowi odstawić leki przeciwnowotworowe – zauważa farmakolog. – Kto wtedy odpowie za nieszczęście? Chyba jednak nie rekin.
Gąsienica-Józkowy odstawił preparat z morskiego drapieżnika. Wkrótce potem dowiedział się, że największymi w świecie piewcami nadzwyczajnych cnót rekina są naukowcy z Puerto Rico. Właśnie ich badania mają potwierdzać pogląd, że olej z rybiej wątroby leczy wszystko, od łuszczycy po raka. Przeczytał też w prasie, że w zamian za rekomendację dla Preventicu Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi dostało od firmy Aflofarm prawie 70 tysięcy złotych w towarze i w pieniądzach.
Centrum Zdrowia Matki Polki zupełnie zignorowało prośbę „Przekroju” o wyjaśnienie przyczyn, dla których rekomendowany jest Preventic. Sekretarka dyrektora CZMP kilkakrotnie prosiła o namiary telefoniczne, za każdym razem obiecała oddzwonić, ale nie oddzwaniała.

Sprzedali się koncernom

Rekomendacje znanych publicznych instytucji, takich jak łódzkie CZMP, Instytut Matki i Dziecka, Centrum Zdrowia Dziecka czy Instytut Żywności i Żywienia, są bardzo cenione przez producentów i bardzo kosztowne. Za opinię naukowców, która umożliwia umieszczenie nazwy i/lub logo instytutu na opakowaniu wyrobu, producent płaci oficjalnie, zgodnie z określoną taryfą, od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy złotych.
– Naukowcy zwyczajnie sprzedali się koncernom – twierdzi doktor Zbigniew Hałat, lekarz epidemiolog, prezes Stowarzyszenia Ochrony Zdrowia Konsumentów. – Mechanizm jest prosty. Producenci żywności wynajmują państwowe ośrodki naukowe, by te w zakamuflowany sposób promowały ich produkty. Mamy więc do czynienia z medycyną reklamową, która nie ma nic wspólnego z prawdziwą medycyną, a jedynie z cynicznym zarabianiem dużych pieniędzy.
Podobnego zdania jest Piotr Koluch, redaktor naczelny „Świata Konsumenta”, miesięcznika, który od lat zleca badanie sprzedawanej w Polsce żywności niezależnym zagranicznym ekspertom. – Jeździmy do Niemiec, by nikt, ani producenci, ani instytuty medyczne, nie posądził nas o stronniczość – wyjaśnia Koluch.
Wyniki badań niemieckich laboratoriów bywają szokujące. Wiele przetestowanych przez nich, a rekomendowanych przez polskie instytucje produktów nie nadawało się lub wciąż nie nadaje się do regularnego spożycia. Co ciekawe, najwięcej zastrzeżeń dotyczy żywności polecanej przez Instytut Matki i Dziecka w codziennej diecie niemowląt i dzieci.

Śnieżnobiałe lastriko

Na zlecenie miesięcznika konsumenckiego niemieccy analitycy przebadali wodę Żywiec Zdrój. Instytut Matki i Dziecka właśnie ten produkt poleca w żywieniu najmłodszych. Badania przeprowadzono dwukrotnie, z rocznym odstępem. W obu przypadkach okazało się, że w wodzie Żywiec Zdrój jest więcej bakterii niż w tej z kranu. – Gdyby to była kranówa, sanepid odciąłby jej dopływ – uważa doktor Hałat, były główny inspektor sanitarny. Epidemiolog dodaje, że wodę z tak wielką ilością bakterii można podawać niemowlętom wyłącznie po przegotowaniu. Ale o tym na etykiecie butelki nie było i nadal nie ma słowa.
Agnieszka Dunal z Wrocławia, mama trzyletniego Jasia, o bakteriach w wodzie Żywiec Zdrój dowiedziała się niedawno. Wcześniej przetestowała popularne deserki dla niemowląt. Na podłodze z lastriko. Długo i z niedowierzaniem wpatrywała się w podłogę, na której kilka godzin wcześniej rozbiła niewielki słoik. Był w nim deser owocowy dla niemowląt znanej firmy.
– Nie mogłam uwierzyć! Podłoga w miejscu, gdzie rozlał się smakołyk, stała się śnieżnobiała – opowiada matka. – Zaczęłam się zastanawiać, czy to jabłko, morela, czy może dodatek witaminy C zachował się jak środek wybielający? I jaki wpływ może mieć ten cudowny wybielacz na organizm mojego dziecka?
Na etykiecie deseru Agnieszka Dunal nie doczytała się, ile witamin znalazło się w słoiczku, doczytała się za to, że skład produktu został uzgodniony z Instytutem Matki i Dziecka, który reklamuje się na swej stronie internetowej jako „ekspert w opiece nad rodziną”. Postanowiła pisemnie poradzić się eksperta. Na pierwszy list Instytut nie odpowiedział. Na drugi, w ostrzejszym już tonie, przyszła odpowiedź.
– Dowiedziałam się, że za jakość produktu i jego rzeczywisty skład odpowiada producent – dziwi się Agnieszka Dunal. – Czyli że naukowcy w ogóle nie badali, co znajduje się w deserze, na którym się podpisali. Oświecono mnie jeszcze, że dzięki witaminie C dzieci w Polsce nie mają szkorbutu.
– Rzeczywiście wiemy na pewno, że witamina C zapobiega szkorbutowi – zapewnia Wojciech Matusewicz, ale dodaje: – Poza tym niewiele więcej wiemy. Nie ma żadnych poważnych badań, które potwierdzałyby popularną tezę, że witamina C na przykład zapobiega przeziębieniom lub je łagodzi. A dodaje się ją dziś, zwłaszcza dzieciom, do wszystkiego. Jest w kaszkach, zupkach, serkach i napojach. Tymczasem nadmiar witaminy C, także wbrew obiegowej opinii, jest szkodliwy – powoduje kamicę nerkową.
Agnieszka Dunal na wszelki wypadek postanowiła bojkotować produkty rekomendowane przez Instytut Matki i Dziecka.
Nie udało nam się dowiedzieć, czy uczyniła słusznie. Sławomir Janus, dyrektor Instytutu Matki i Dziecka, jest zbyt zajęty, by rozmawiać z dziennikarzami. Trzeba długo czekać, by pisemnie odpowiedział na pytania, a efekt tego oczekiwania jest niejednoznaczny. „Rekomendując dany produkt spożywczy, [Instytut Matki i Dziecka – przypis autora] bierze pod uwagę jego skład, wartość odżywczą i jakość zdrowotną” – czytamy w piśmie od Sławomira Janusa, a „rekomendacje Instytutu otrzymują tylko te produkty, które produkowane są zgodnie z dobrą praktyką produkcyjną i dobrą praktyką higieniczną, w zakładach pracujących w systemach zabezpieczających jakość produkcji i gwarantujących bezpieczeństwo produktu finalnego”.

Trzy kawki

Rekomendacji ekspertów uwierzyła Beata Wasilewska, projektantka wnętrz, a po godzinach wróżka tarocistka. Z ulgą przyjęła do wiadomości, że oto prawie bezkarnie może sobie pozwolić na trzy mocne kawki dziennie. W sprzedaży pojawiła się bowiem kawa Astra polecana (jako jedyna kawa w Polsce) przez Instytut Żywności i Żywienia. I reklamowana jako „najzdrowsza ze wszystkich kaw”. Wasilewska piła więc Astrę jak inni mleko. Do czasu, gdy na początku marca dowiedziała się z gazety, że główny inspektor sanitarny zaczął w pośpiechu kawę Astra wycofywać z rynku.
Sprawę wykrył i nagłośnił marcowy „Świat Konsumenta”. W rozpuszczalnej Astrze Classic wynajęci przez miesięcznik niemieccy laboranci znaleźli dwukrotnie więcej toksycznej ochratoksyny A wytwarzanej przez pleśń, niż zezwalają na to europejskie normy. Zaraz potem kawą zainteresował się poznański sanepid. Z jego testów wynikało, że norma ochratoksyny A, substancji rakotwórczej niebezpiecznej dla układu odpornościowego i nerwowego człowieka, została w pobranych przez inspektorów próbkach Astry przekroczona cztery razy.
Właścicielka palarni Apolonia Wojciechowska zrzuciła winę za trefny towar na dystrybutora z Hamburga, od którego kupiła kawę, i ogłosiła, że wycofa Astrę Classic ze sklepów.

Wzajemne korzyści

Niemieckie laboratoria na prośbę „Świata Konsumenta” przebadały także inne rekomendowane produkty, w tym Danonki i Morlinki polecane przez Instytut Matki i Dziecka. Okazało się, że zarówno serki Danonki, po których, jak głosi reklama, dzieci mają „mocne kości”, jak i parówki Morlinki, po których „rosną w siłę”, powinny być podawane maluchom sporadycznie.
– Parówki z założenia są dla dzieci za tłuste – uważa, podobnie jak eksperci „Świata Konsumenta”, Bogusława Karłowska z Państwowego Zakładu Higieny. Za tłuste są również dla warszawskiego sanepidu, który zakazał podawania parówek dzieciom w przedszkolach.
– Danonki z kolei są zdecydowanie zbyt słodkie, by stosować je w codziennej diecie dziecka – twierdzi doktor Jolanta Mikołajewicz, znany warszawski lekarz pediatra. – Nadmiar cukru, zwłaszcza w połączeniu z mlekiem i jego przetworami, może zrujnować zdrowie malucha. Cukier to jedna z najbardziej szkodliwych substancji dla człowieka, a szczególnie dla małego człowieka.
Danone wprowadził serki Danonki na polski rynek, gdy dowiedział się od ekspertów z Instytutu Żywności i Żywienia oraz Instytutu Matki i Dziecka, że w diecie polskich dzieci brakuje wapnia. Co więcej, koncern w zeszłym roku opłacił badania dotyczące zawartości wapnia w diecie najmłodszych Polaków. Badania prowadziły właśnie oba instytuty podległe Ministerstwu Zdrowia. – W zamian za wkład finansowy w badania Danone zwrócił się z prośbą o udostępnienie danych związanych ze spożyciem wapnia i witaminy D, aby upewnić się, czy aktualny poziom wzbogacenia Danonków w wapń i witaminę D jest zgodny z potrzebami żywieniowymi dzieci w wieku przedszkolnym w Polsce – tłumaczy Przemysław Pohrybieniuk, dyrektor do spraw relacji zewnętrznych firmy Danone.
Dyrektor Janus z Instytutu Matki i Dziecka nie widzi nic złego w takiej kooperacji: „Współpraca instytucji naukowych z partnerem przemysłowym jest częstą praktyką w różnych krajach świata, gdzie przemysł wspiera prowadzenie badań naukowych” – napisał. Zresztą – dodał – dla Instytutu samodzielne przeprowadzenie tych badań byłoby zbyt kosztowne.
Ale Piotr Koluch ze „Świata Konsumenta” nie podziela jego zdania: – Owszem, zdarza się także na Zachodzie, że prywatne firmy sponsorują badania naukowe, ale jest to zazwyczaj kilka konkurujących ze sobą koncernów. Finansowanie publicznego badania przez jedną firmę, która wykorzystuje wyniki naukowców dla własnych korzyści, to ewenement na skalę Europy.
Od dyrektora Janusa dowiedzieliśmy się jeszcze, że znak Instytutu Matki i Dziecka jest rozpoznawalny przez rodziców i cieszy się ich zaufaniem.

Pseudonaukowa ściema

Kilka lat temu powiązany z francuskim mlecznym koncernem Instytut Danone zaczął wydawać publikacje naukowców z Instytutu Żywności i Żywienia. Wysokość honorariów dla żywieniowców objęta została tajemnicą. Piotr Koluch ze „Świata Konsumenta” wspólną akcję IŻŻ i Danone uznaje za kompromitację naukowców. – To wielka, pseudonaukowa ściema. To tak jakby komisję do spraw Orlenu sponsorował Orlen – oburza się.
– Ten rodzaj współpracy zakończyliśmy. Od pewnego czasu już nic w Instytucie Danone nie publikujemy – twierdzi doktor Lucjan Szponar, zastępca dyrektora do spraw bezpieczeństwa żywności w IŻŻ.
Ale logo Instytutu nadal widnieje na sztandarowym produkcie Danone – Actimelu. Dziś reklamowanym przez Tomasza Zubilewicza, gwiazdę programów pogodowych TVN. Zubilewicz zapewnia, że odkąd pije Actimel, zrobił się „pogodoodporny”. Wcześniej jogurt z dodatkiem bakterii Lactobacillus casei defensis reklamował w telewizji niby-lekarz. Podkreślając, że Actimel przetestowali specjaliści z Instytutu Żywności i Żywienia, zapewniał, że wystarczy pić cudowny jogurt przez dwa tygodnie, a poczuje się różnicę.
– To było bardzo śmieszne i… tylko śmieszne – mówi profesor Piotr Heczko, kierownik Katedry Mikrobiologii Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego. – Wiele wskazuje na to, że bakterie kwasu mlekowego, które znajdują się w jogurtach, sprzyjają zdrowiu, ale na poważne wnioski trzeba jeszcze z powodu braku odpowiednich badań poczekać. Wiemy jedynie na podstawie pełnych analiz klinicznych, że probiotyki, jak ten w Actimelu, łagodzą przebieg biegunek u dzieci.
Sporo na temat Actimelu można dowiedzieć się ze strony internetowej polskiej Federacji Konsumentów. Na przykład, że trzy lata temu Francuska Agencja do spraw Bezpieczeństwa Sanitarnego Żywności oceniła dowody naukowe, które miały potwierdzać zapewnienia o wspaniałym działaniu jogurtu umieszczane na jego etykiecie. Agencja uznała, że dziewięć na dziesięć twierdzeń Danone na temat Actimelu jest nieprecyzyjnych lub nieuzasadnionych naukowo.
– To dotyczyło Francji, a nie Polski – wyjaśnia Bogumiła Radwańska z firmy Danone.
Jednak według farmakologa Wojciecha Matusewicza na opakowaniach rekomendowanych w Polsce produktów można znaleźć sporo naukowo nieuzasadnionych twierdzeń. Jego niepokój budzi na przykład dodatek witaminy D w Danonkach. – Jej nadmiar może powodować poważne uszkodzenie nerek i serca, zwłaszcza u niemowląt i dzieci – grzmi. A witamina D dodawana jest z założenia do mleka dla najmłodszych, jest też często przepisywana przez pediatrów jako suplement diety. – Jeśli podamy dzieciom jeszcze serki wzbogacone w tę witaminę, zdecydowanie zwiększamy ryzyko przedawkowania.
Lucjan Szponar z Instytutu Żywności i Żywienia w piśmie do „Przekroju” zapewnia jednak, że IŻŻ udzielił firmie Danone pozytywnej opinii na temat danonków, uznając wzbogacenie serków w witaminę D w określonej ilości za potrzebną i bezpieczną.

Nie prać kota w pralce

– Czy przedawkowałam ochratoksynę A, pijąc trzy razy dziennie najzdrowszą ze wszystkich kaw? – zastanawia się Beata Wasilewska. – A jeśli tak, kogo powinnam za to winić? Jej producenta czy Instytut Żywności i Żywienia, który tak gorąco ją polecał? I komu właściwie powinnam dać w pysk, że tak bezczelnie mnie oszukał?
– Gdyby to zdarzyło się w Stanach Zjednoczonych, gdzie prawo oparte jest na precedensach, pani Beata miałaby zapewne spore szanse na odszkodowanie. Tam karze się nawet producenta pralki, jeśli nie ostrzegł klienta, że nie wolno w niej prać kota – mówi Aleksandra Frączek, prawnik z Federacji Konsumentów. – Ale przed polskim sądem nabywca musiałby wykazać, że poniósł z powodu picia skażonej kawy materialną szkodę, a nawet tę szkodę przeliczyć na pieniądze. Uzyskanie rekompensaty byłoby tu bardzo trudne.
Polskie prawo nie zabrania publicznym jednostkom naukowo-badawczym zawierania umów biznesowych z prywatnymi firmami. Dlatego rekomendacjami instytutów nie interesuje się Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który zainterweniował tylko raz, gdy firma Morliny, producent morlinek, użyła logo IMiD na etykietach innych produkowanych przez siebie parówek. Nie interesuje się nimi także Naczelna Izba Lekarska.
– Lekarze nie mogą reklamować swoim nazwiskiem żadnych produktów – mówi doktor Jerzy Umiastowski z Izby. – Na wodzie Żywiec Zdrój czy Danonkach nazwisk lekarzy nie znajdziemy.
Podejrzanymi rekomendacjami nie zajmuje się również sprawujący formalną pieczę nad instytutami minister zdrowia. – Skoro jest to zgodne z prawem, to jest dozwolone – twierdzi rzecznik ministerstwa Paweł Trzciński. Ale obiecuje, że minister się zorientuje, czy podległe mu jednostki rzetelnie badają produkty, które polecają.
– To się dzieje poza jakąkolwiek kontrolą, bo przecież nikt dotąd nie sprawdzał, czy rekomendowane produkty rzeczywiście są przez instytuty badane – denerwuje się Piotr Koluch ze „Świata Konsumenta”. Jego zdaniem nie są.
– Posługujemy się często dokumentacją przekazaną nam przez producenta – przyznaje Lucjan Szponar z Instytutu Żywności i Żywienia. – Jeśli badania wykonały akredytowane europejskie laboratoria, nie widzimy podstaw, by kwestionować wyniki.
Tyle tylko, że przeciętny konsument, widząc logo szanowanego instytutu na wodzie lub parówkach, jest przekonany, że ten instytut rzetelnie je przebadał. – Jest pewny, że to towar najwyższej jakości, że jest zdrowy i bezpieczny – dodaje Zbigniew Hałat.
Okazuje się jednak, że żywność z rekomendacją szanowanego instytutu bywa równie zdrowa jak rekin z Grenlandii.

Anna Szulc

„Przekrój” nr 16/2006

http://www.przekroj.pl/