Grecki szlak do końca euro

W ostatnich tygodniach doszło do największego kryzysu w historii strefy euro i jednocześnie do jej najbardziej radykalnego przeobrażenia. Ten kryzys jest pierwszą, „miękką”, zapowiedzią katastrofy, która najprawdopodobniej czeka europejskie finanse w najbliższych dziesięcioleciach. Przeobrażenie natomiast jest twardym dowodem na to, że od strefy euro należy się trzymać jak najdalej. Jeśli ktoś miał pewne zastrzeżenia co do tego, czy warto w Polsce przyjąć wspólną walutę (bo wiążą się z tym istotne plusy), to od 10 maja nie powinien mieć specjalnych wątpliwości, że będzie to rozwiązanie szkodliwe.

Gabriel Laub stwierdził, że demokracja jest systemem, w którym nikt nie jest tak mało ważny, żeby nie mógł zaszkodzić innym. Wydaje się, że obecna sytuacja w Grecji dostarcza jednej z najbardziej brutalnych i skrajnych egzemplifikacji tego faktu. Tłumy, podburzane przez znane z tradycji bezpardonowego rabowania gospodarki związki zawodowe i lobby budżetówki, rozpoczęły zamieszki, o których ktoś lakonicznie powiedział „Grecja rozpoczęła naszą cywilizację – teraz wygląda na to, że ją zakończy”.

O ile sama cywilizacja Zachodu póki co nie jest zagrożona, o tyle jej podstawy gospodarcze opierają się na bardzo chwiejnych fundamentach. Grecja jest oczywiście bękartem państwa dobrobytu, jednym z najlepszych przykładów społeczeństwa konsumpcyjnego, które nie przejmuje się ani deficytem budżetowym, ani długiem publicznym (można nawet ironicznie stwierdzić, że jeśli komuś marzy się Polska, w której się dobrze płaci urzędnikom i budżetówce, to niech spojrzy w kierunku Grecji). W dodatku od czasu powstania strefy euro była „pasażerem na gapę”, gospodarką napędzaną iluzją, że w razie kłopotów fiskalnych wszystkie inne państwa dokonają zrzutki na wykupienie bankruta. Niemniej jednak kłopoty Grecji są ostrzeżeniem dla całej Europy, ponieważ ukazują przyszłość, jaka prędzej czy później czeka inne kraje bloku.

Prawa ekonomii są nieubłagane: dobrobytu nie da się budować ciągłą redystrybucją środków za pośrednictwem urzędników. W długim okresie doprowadzi to do konsumpcji kapitału. Zadłużanie się państwa będzie skutkowało ciągle rosnącym długiem publicznym i koniecznością ogłoszenia w końcu bankructwa – przez niemożliwość dalszego powiększania zadłużenia i spłaty dotychczasowego. Grecja będąc bankrutem skorzystała na wejściu do UE, podobnie jak kilka innych krajów bankrutów. Jednym z bodźców, które skłoniły kraje do stworzenia Unii Europejskiej była ciekawa symbioza między zbankrutowanymi krajami, takimi jak Grecja, czy Belgia, a Niemcami. Biedne kraje otrzymały bezpośrednią pomoc w postaci dodatkowych funduszy, a do tego korzystały w strefie euro z efektu zewnętrznego – dzięki temu, że należą do tej strefy mogły emitować dług publiczny oprocentowany niżej niż gdyby były krajem niezależnym. Bogatsze kraje z kolei uzyskały możliwość tworzenia prawa, które sprzyjało ich interesom – na przykład przez otwarcie „regulowanego rynku”, w którym rozmaite standardy europejskie promowały firmy z wybranych krajów. Ot, jeden z ważnych elementów merkantylistycznej Europy.

Niestety jednak łączenie zbankrutowanych państw razem może tylko rozmyć negatywne konsekwencje zadłużenia i pozwolić na parę „tłustych lat” życia na kredyt, ale nie uchroni przed koniecznością zapłaty rachunków. W obecnej sytuacji dodatkowym wybuchowym czynnikiem są wewnętrzne tarcia – Niemcom i innym krajom w relatywnie dobrej sytuacji fiskalnej wcale nie śpieszy się do pomocy bankrutującym Grekom. Głównie dlatego, że wiedzą, iż ta pomoc zostanie przejedzona, a oszczędności będą prowizoryczne. Do tego pojawia się kolejny problem – skoro Grecy mogą sobie wypłacać czternastki, szaleć na koszt całej UE i nie płacić za to rachunku, to dlaczego inne kraje mają się tym przejmować? Sytuacja fiskalna Irlandii, czy Hiszpanii wcale nie wygląda różowo, a rynek już zaczął dyskontować dług publiczny Portugalii. Bardzo możliwe, że Belgia lada moment przestanie być państwem, co będzie stanowiło wyzwanie prawne dla obecnej Unii a także zrodzi dotkliwy ekonomicznie problem przejęcia przekraczającego PKB belgijskiego długu publicznego.

Cywilizacja się na razie nie kończy, ale należy zdać sobie sprawę z tego, że obserwujemy właśnie największy kryzys polityczno-gospodarczy w Unii Europejskiej i strefie euro. W obecnej sytuacji możemy się pokusić o zarysowanie możliwego dalszego rozwoju wydarzeń. Być może UE razem z MFW uda się zamieść problemy pod dywan i oddalić obecne dylematy długów publicznych i deficytów tylko po to, aby obarczyć nimi kolejne rządy lub pokolenia. Tak czy inaczej, prędzej czy później problem musi powrócić. Wtedy wyjścia z sytuacji są dwa. Po pierwsze, może dojść do rozpadu strefy euro w jej obecnej formie i usuwania z niej niezdyscyplinowanych członków takich jak Grecja. Wówczas jednak otwierają się drzwi do rozpadu strefy, do którego mogłoby doprowadzić występowanie z niej kolejnych krajów, częściowo bankrutujących, a częściowo oburzonych rzekomo twardą postawą Niemiec, które nie chcą finansować swych unijnych „partnerów”. Kraje usuwane ze strefy najczęściej doświadczałyby argentynizacji, czyli krachu na rynku długu (publicznego i prywatnego) wraz z postępującą dewaluacją.

Drugie wyjście natomiast, chyba bardziej prawdopodobne, to stworzenie jeszcze mocniejszego niż obecnie imperium europejskiego, w którym aparat prawny przejmowałby coraz większą kontrolę nad procesem stanowienia prawa tak, by utrzymać w ryzach rozpasaną konsumpcję środków publicznych w krajach takich jak Grecja. Wydaje się jednak, że do tego trzeba by było sprytnie przekupić albo skutecznie zaszantażować lokalnych wichrzycieli, bowiem uzwiązkowieni bojówkarze okazują się być dosyć mocną siłą polityczną.

Potwierdzeniem zastosowania drugiego wyjścia są niedawne deklaracje Europejskiego Banku Centralnego, które należy określić jako radykalne i przełomowe. W komunikacie EBC czytamy:

[Bank] przeprowadzi interwencje w strefie euro na rynku prywatnego i publicznego długu (Securities Markets Programme), aby zapewnić głębokość i płynność na tych rynkach, które są dysfunkcjonalne. Celem programu jest zaadresowanie problemów rynku obligacji i odtworzenie właściwego mechanizmu transmisji monetarnej. Zakres interwencji zostanie określony przez Zarząd. Przy podjęciu tej decyzji wzięto pod uwagę oświadczenia rządów strefy euro, że „zastosują wszelkie potrzebne środki do osiągnięcia celów fiskalnych w tym roku i w przyszłych latach zgodnych z procedurami nadmiernego zadłużenia” i dokładne dodatkowe zobowiązania niektórych rządów strefy euro o przyspieszeniu fiskalnej konsolidacji w celu utrzymania stabilności finansów publicznych.

W celu sterylizacji wpływu niniejszych interwencji zostaną podjęte specyficzne operacje, aby zaabsorbować płynność wprowadzoną przez Securities Markets Programme. To zapewni, że polityka pieniężna nie będzie naruszona.

O co chodzi w tym komunikacie i do czego zobowiązał się w nim EBC? Zdecydował się tak naprawdę na monetyzację (spieniężenie) długów publicznych, czyli skupowanie obligacji rządowych. Nie tylko greckich, ale w ogóle wszelkich długów publicznych w strefie euro. Tym jednym komunikatem EBC przekreślił wszystkie papierowe obietnice o niezależności politycznej i dbaniu o siłę europejskiej waluty. W końcu stało się jasne to, co było oczywiste dla wielu przeciwników pieniądza dekretowanego: EBC nie stoi ponad ładem politycznym, ale jest głęboko w niego wpasowany i w razie kłopotów będzie drukował pieniądze na pokrycie długów państwowych. Tym samym wielu „realistycznym” zwolennikom strefy euro, sympatyzującym z poglądami prorynkowymi, został wytrącony z rąk jeden z koronnych argumentów na rzecz zamiany złotego na euro w Polsce.

EBC próbuje przekonać naiwnych, że to rozwiązanie nie jest groźne, ponieważ rządy zadeklarowały się stosować do odpowiednich procedur związanych z dużym długiem publicznym. Procedur, które same uchwaliły, które same w przeszłości łamały i które same mają na sobie egzekwować. To chyba jeden z bardziej dobitnych przykładów bycia „sędzia we własnej sprawie”. Zresztą, dlaczego mamy wierzyć w to, że rządy dotrzymają procedur, które same wymyśliły, skoro nie jest w stanie tego zrobić rzekomo apolityczny bank centralny?

O co chodzi z „mechanizmem transmisji pieniężnej” i jego przywróceniem? W momencie wystąpienia kryzysu zaczęły rosnąć stopy procentowe. W celu walki z tym wzrostem EBC obniżył swoje stopy procentowe. Problem jednak polega na tym, że są to krótkoterminowe stopy procentowe. „Rynek” natomiast, dostrzegając kiepską wypłacalność (realną lub nominalną) wielu instytucji w długim okresie, w tym rządów, zaczął podnosić długoterminowe stopy procentowe (nie znajdujące się pod bezpośrednią kontrolą banku centralnego), doliczając do rentowności instrumentów o dłuższej zapadalności premię za ryzyko kredytowe lub inflacyjne. Tak więc EBC stwierdził, że obserwowana dysproporcja między stopami długoterminowymi a krótkoterminowymi musi zostać zatrzymana poprzez druk pieniądza i kupno długu publicznego. A tak naprawdę chodzi o kupienie dodatkowego czasu dla bankruta.

Uderzający jest również drugi akapit oświadczenia. EBC zdaje sobie sprawę z tego, że będzie w ten sposób drukował pieniądze, co może stanowić potencjał inflacyjny. Zaraz się jednak asekuruje, że przeprowadzi operacje „sterylizujące płynność”, czyli odciągające część środków od ekspansji pieniężnej, która mogłaby zostać nakręcona tym dodrukiem. Możemy się tylko domyślać, jaką formę to przyjmie, ale prawdopodobnie będzie to w tej czy innej formie odciągnięcie środków od sektora prywatnego. Co oznacza pogłębiony efekt wypychania, a więc redystrybucję środków od sektora rynkowego w stronę urzędniczej konsumpcji, której za pomocą wydatków publicznych dopuszcza się władza.

W zasadzie można by przytoczyć starą, do znudzenia powtarzaną opowieść o tym, że rządowe interwencje nie rozwiązują w długim okresie problemów, lecz prowadzą do kolejnych. Kraje zachodnie łudziły się, że prosperity można osiągnąć poprzez druk pieniądza i stymulowania gospodarki długiem. A jak sektor prywatny bogacił się pustym pieniądzem, to również korzystał z tego sektor publiczny (mając relatywnie wysokie wpływy podatkowe i niską cenę finansowania). Sęk w tym, że taka bańka się kończy, pociągając za sobą poważne kłopoty dla sektora publicznego.

Efektem tej mieszanki długu i inflacji jest konsumpcja kapitału i nieuchronny kryzys, w trakcie którego przychodzi czas na takie radykalne działania jakich podjął się EBC. Tym sposobem Unia czyni kolejny krok w już nie tak powolnej drodze do państwowego planowania, które wraca dużo szybciej niż się jeszcze niedawno mogło wydawać. Przerobiliśmy kolejną lekcję, że wzrostu gospodarczego nie da się tworzyć państwową polityką gospodarczą. Czy na pewno musimy znowu przerabiać lekcję, że państwowe planowanie nie będzie efektywnym systemem? Wbrew pozorom takich lekcji można się uczyć bez bezpośrednich doświadczeń.

Tak, czy inaczej, od strefy euro należy się trzymać raczej daleko. Polska powinna zreformować swój cały system bankowy i finansowy, bo wpaść w podobne jak Europa tarapaty można również mając płynnego złotego, ale to już temat na inną dyskusję.

Tomasz M.

http://gadzet-gieldowy.gazeta.pl/

Korporacje „przejmują” kraje trzeciego świata

Korporacje znalazły nowy sposób na miliardowe zyski naszym kosztem. Wszystko to pod hasłem pomocy biednym regionom naszego globu !
WHO opracowuje globalny podatek od internetu aby zasilać kasę koncernów farmaceutycznych a mega-koncern Monsanto chce uczynić z Afryki gigantyczną farmę genetycznie modyfikowanych upraw.

Zeszłoroczna pandemia była pierwszą globalnie skoordynowaną próbą wyciśnięcia wielomiliardowego haraczu od wszystkich krajów członkowskich WHO, którzy płacąc pieniędzmi swoich podatników za setki milionów nikomu niepotrzebnych szczepionek, w praktyce dofinansowywały koncerny farmaceutyczne. Jeszcze nie przebrzmiały echa skandalu dot. pandemii świńskiej grypy a WHO, jako szpica farma-karteli, szykuje następne ataki na globalna kasę. Ich poczynania są coraz bardziej brutalne, ponieważ politycy wyraźnie nie zamierzają im w tym wszystkim przeszkadzać, na co miedzy innymi wskazują ich niemrawe lub praktycznie żadne postępy w prowadzonych śledztwach, dot. afery związanej z pandemią.

Plany opodatkowania internetu

George Russel z FoxNews.com (link) podaje, że Światowa Organizacja Zdrowia pracuje pełną parą nad kontrowersyjnym planem nałożenia wartego miliardy dolarów, globalnego podatku od użytkowania internetu i codziennych internetowych transakcji bankowych. W tym samym czasie ich wydatki są niebotyczne a w ich rozliczeniach finansowych panuje chaos.

Oficjalnym powodem powstawania tego planu jest możliwość pozyskania dziesiątków miliardów dolarów na radykalne zmiany w badaniach, rozwoju produkcji i dystrybucji leków do krajów trzeciego świata, z naciskiem na szczepionki przeciwko chorobom zakaźnym.

Ta sama organizacja, jak na ironię nie może poradzić sobie z własnym kryzysem w zarządzaniu finansami, stojąc bezustannie w ogniu krytyki za nieefektywne planowanie wydatków oraz monstrualne koszty swojego funkcjonowania.

Dodatkowe dziesiątki miliardów dolarów zasilą przede wszystkim kasę farma-karteli, jak i pozwolą samej WHO spokojnie funkcjonować, niezależnie od panującego tam chaosu. Dzięki niemu właśnie nie jest możliwe klarowne rozliczanie finansowe tej organizacji z ponoszonych kosztów, z czego korzystają na równi zasiadający w tej organizacji funkcjonariusze, jak i wielu współpracujących z nią polityków.

Jest też bardzo możliwe, iż przy okazji realizacji planów „pomocy medycznej” krajom trzeciego świata, staną się one gigantycznym polem doświadczalnym dla koncernów farmaceutycznych.

Kraje te najbardziej potrzebują infrastruktury sanitarnej, czystej wody, żywności, najprostszych środków opatrunkowych i podstawowych lekarstw, lecz na to wszystko WHO nie znajduje ani czasu ani pieniędzy.

To właśnie brak podstawowych warunków sanitarnych, brak dostępu do czystej wody oraz niedożywienie, są podstawowymi powodami występowania w tych krajach chorób zakaźnych na dużą skalę. WHO nie chce jednak skupiać się na tego typu działalności prewencyjnej, ponieważ nie jest ona dochodowa.

Jednocześnie w najnowszym wydaniu Nexusa możemy przeczytać (Nexus nr. 2 / 2010), że oddelegowanie przez administrację Obamy – Michaela R. Taylora na zastępcę komisarza w FDA (Food and Drug Administration) nie było przypadkiem. Taylor został mianowany na to stanowisko po podjęciu przez państwa G8 decyzji o wyasygnowaniu 20 miliardów dolarów na pomoc krajom ubogim. Pieniądze te nie zasilą jednak bezpośrednio te ubogie kraje…

Mianowanie Taylora na to stanowisko wzbudziło sprzeciw w środowisko badaczy i aktywistów zajmujących się żywnością i rolnictwem, ponieważ jest to człowiek koncernu Monsanto, przodującego w badaniach i upowszechnianiu upraw genetycznie modyfikowanych roślin.

Taylor jest związany z Monsanto już od ponad 25 lat a przez ponad 3 lata piastował stanowisko wiceprezesa w tym koncernie (1998-2001), będąc odpowiedzialny za tzw. politykę publiczną. Innymi słowy był on w tym czasie przede wszystkim pośrednikiem pomiędzy koncernem Monsanto a amerykańskimi agencjami rządowymi.

Przez ostatnie lata, jedną z głównych działalności Taylora było jego zaangażowanie w aranżowanie polityki USA w sprawie pomocy rolniczej dla Afryki. Działając w zmowie z fundacjami Rockefellera oraz Billa i Melindy Gatesów, Taylor stal się ponownie pośrednikiem pomiędzy Monsanto a rządem USA, tym razem w celu otwarcia afrykańskich rynków na genetycznie modyfikowane nasiona i agrochemię.

Wygląda na to, ze tak jak w przypadku koncernów farmaceutycznych wykorzystujących WHO, tak Monsanto wraz z Gatesami będą rozwijać swoja dość podejrzana działalność w Afryce, na koszt podatników, bez jakichkolwiek konsultacji z nimi.

Tak decyzje WHO jak i w sprawie Afryki zostały podjęte poza systemem demokratycznym (WHO nie jest podmiotem prawnym (sic!) a ustalenia grupy G8 nie są nigdy konsultowane społecznie) oraz wbrew ogólnemu sprzeciwowi społecznemu na całym świecie.

Nie ulega wątpliwości, ze państwa ubogie, w szczególności w Afryce staja się polem doświadczalnym koncernów światowych, za nasze pieniądze. Skutki tych działań mogą okazać się tak samo dla tych państw jak i dla nas wszystkich katastrofalne:

Spożycie żywności genetycznie modyfikowanej stanie się globalna norma oraz nikt nie będzie w stanie już kontrolować jej dystrybucji, a nieograniczone (czytaj – przez nas finansowane) pole działań dla koncernów farmaceutycznych, w krajach trzeciego świata, otworzy im drogę do niekontrolowanej dystrybucji nietestowanych leków i szczepionek. Kraje te staną się tanim i bezpiecznym polem doświadczalnym dla tych koncernów, co może spowodować miliony ofiar tych testów i powstawanie nowych mutacji wirusów.

http://www.globalnaswiadomosc.com/

Antykoncepcja: biznes kosztem kobiet

Kawa bezkofeinowa, chleb pełnoziarnisty, jogurt bez barwników, pół godziny gimnastyki, nie za dużo komputera, regularny sen… Świadomość zdrowotna nie była chyba nigdy tak wysoka, jak dziś. Jednocześnie, sto milionów kobiet na świecie faszeruje się codziennie toksycznymi ubezpładniaczami, rujnując swoje zdrowie, komfort i sumienie.

Konsumentki antykoncepcji wmawiają sobie i innym, że są odpowiedzialne, wolne i świadome, a pigułka to konieczność lub „mniejsze zło”. Powtarzają dogmaty wykreowane przez sprytne kampanie reklamowe. Imperium farmaceutyczne może być dumne ze skuteczności swojej propagandy.

I jest dumne. Niewielu pacjentów wie o uroczystych galach, na których farmaceutyczni marketingowcy rozdają sobie nagrody za wyniki sprzedaży. Pobieżny przegląd stron internetowych branży uchyla rąbka wielkiego świata wielkich pieniędzy, o którym pacjenci w Polsce mają bardzo naiwne pojęcie. Ufność wobec producentów leków jest naturalna – nikt nie lubi czuć się zagrożony ani posądzać innych o nieczyste intencje. Na tym zaufaniu żeruje jednak biznes, który na masową skalę krzywdzi kobiety.

Przede wszystkim zysk

Przemysł farmaceutyczny wydaje dwukrotnie więcej na promocję niż na badania naukowe, obliczyli doktorzy Marc-André Gagnon i Joel Lexchin z Uniwerysytetu York w Toronto. Reklama pochłania jedną czwartą przychodu ze sprzedaży. To prawie 60 miliardów dolarów rocznie w samych tylko Stanach Zjednoczonych, czyli 61 tysięcy dolarów w przeliczeniu na jednego lekarza.

Według badaczy, liczby te i tak są zaniżone. Nie biorą pod uwagę niekonwencjonalnych form promocji księgowanych w kategoriach innych niż reklama – na przykład, sponsorowane publikacje firmowane nazwiskami autorytetów. Gagnon i Lexchin zwrócili też uwagę na imprezy organizowane przez amerykański przemysł farmaceutyczny w celach reklamowych. W latach 1998-2004 ich liczba wzrosła drastycznie z 120 tys. do 371 tys. rocznie. Badanie opublikowano dwa lata temu. Wykonać je można było tylko w USA, ze względu na przepisy o dostępie do informacji.

Do wyliczeń kanadyjskich badaczy dodać można dane Center for Responsive Politics – amerykańskiej organizacji monitorującej zależności między wielkimi pieniędzmi a polityką. Według CRP, żadna inna gałąź przemysłu, poza sektorem finansowym, nie wydaje więcej na lobbing polityczny niż przemysł farmaceutyczny.

Doktor sponsorowany

W Polsce branża farmaceutyczna może wydawać na promocję nawet kilka miliardów dolarów rocznie. Gdzie trafiają te pieniądze? Jednorazowa emisja reklamy telewizyjnej może kosztować sto tysięcy złotych. Jak wielki musi więc być zysk firm, jeżeli opłaca im się reklamować aspirynę, która kosztuje kilka złotych i starcza na miesiące. A o ileż bardziej dochodowa musi być promocja antykoncepcji, na którą klientka wydaje kilkaset złotych rocznie i jest od niej uzależniona na lata. Tylko jak promować środki na receptę, skoro ich reklama w mediach (poza branżowymi) jest zakazana?

Nie jest jednak zakazane sponsorowanie „konferencji” dla lekarzy, połączonych z wypoczynkiem w ciepłych krajach. Ani wspieranie fundacji wyposażających gabinety. Opalony pan doktor w odnowionym gabinecie pełnym firmowych gadżetów z reguły chętnie przepisuje antykoncepcję. Na życzenie, na „regulację cyklu”, na trądzik, na wszelki wypadek… Gabinet dostaje odznaczenie za „przyjazność” i trafia na listę adresów polecanych na zdrowotnym portalu internetowym. Ludzie z branży opowiadają, że koncerny monitorują zwrot inwestycji – z centralnego rejestru wykupionych recept wiedzą na bieżąco, jak pan doktor wywiązuje się z niepisanej umowy. Czasem „odpalają” mu napiwek od recepty.

Jeszcze lepszą inwestycją w promocję jest znany lekarz, który pojawia się w telewizji, a duża gazeta tytułuje go „wybitnym ginekologiem”. Raz zaproszony do programu, w kolejnych będzie się pojawiał jako ekspert medialny. Takiego doktora z telewizji szkoły chętnie zaproszą na „pogadankę z młodzieżą”, przyjmą od niego finansowany przez koncern podręcznik edukacji seksualnej i darmowe próbki. Doktor może prowadzić centrum informacji albo dyskretny punkt wydawania antykoncepcji o każdej porze. Wykreowana przez media aura autorytetu szybko przeradza się w fakt niekwestionowany, również w środowisku lekarskim. Dla biznesu – inwestycja idealna.

Idee, które rozkręcają biznes

W roli dyskretnie sponsorowanego „eksperta” doskonale odnajdują się też działaczki „praw kobiet”. Rąbka tajemnicy uchyliła Kazimiera Szczuka w wywiadzie dla magazynu „Slajd”: Feministki, w odróżnieniu od ekologów, nie mogą dogadać się z jakimś dużym biznesem, który da nam pieniądze na naszą działalność, a my w zamian będziemy głosić idee, które będą rozkręcały biznes. Poza producentami prezerwatyw albo pigułek antykoncepcyjnych – przyznała Szczuka.

Organizacje feministyczne szkolą stażystów, którzy przejmują wirusowy marketing w gronie rówieśników. Młodzi eksperci od seksu łatwo wchodzą do szkół, klubów, na imprezy. Media chętnie o nich piszą, poważnie traktują ich „raporty”. Mało który dziennikarz zada sobie trud sprawdzenia kompetencji autorów albo ich powiązań. Ważne, że temat „grzeje” albo naczelny zadał do zrobienia.

Młodzi w promocji wirusowej sprawdzają się doskonale. Również w internecie, jako „autorzy widmo” (ghost writers) – wieloimienni internauci, pojawiający się w dyskusjach o antykoncepcji, zawsze gotowi sypnąć sloganami i pokierować do „rzetelnych” źródeł. A źródeł takich biznes farmaceutyczny przygotował w sieci całe mnóstwo.

Łapanie w sieć

Wpisując w wyszukiwarkę internetową słowo „antykoncepcja”, trafimy na wysoko pozycjonowane linki do portali, forów dyskusyjnych, wyszukiwarek ginekologów, założonych w sieci przez koncerny farmaceutyczne. Strony te wyglądają na przedsięwzięcia czysto informacyjne, tylko trochę zbyt profesjonalne, wymuskane i atrakcyjne. Podejrzenie wzbudzają sekcje „najczęściej zadawanych pytań”. Nie dotykają kwestii kluczowych (na przykład, powikłań antykoncepcji), jest za to cała litania pytań albo zwyczajnie głupich – jak: Czy stosunek przerywany jest równie skuteczny jak tabletki antykoncepcyjne? – albo zadanych tak, aby ominąć niewygodne dla producenta fakty.

Czy pigułki antykoncepcyjne są mniej skuteczne wśród palaczy? Nie potwierdzono takiego związku, trudno wręcz wyobrazić sobie jego mechanizm – odpowiada ekspert, nie zająknąwszy się nawet o ciężkich powikłaniach stosowania antykoncepcji przez palaczki. Czyli nie ma problemu – myśli paląca nastolatka. Przecież rzetelny portal na pewno wie lepiej niż ten zacofany ksiądz na religii…

Dla niepoznaki, portale sponsorowane piszą też o „antykoncepcji naturalnej”. Wymieniają jedynie „kalendarzyk” lub niepolecany przez nikogo stosunek przerywany, tak jakby to właśnie były te katolickie alternatywy dla wygodnych, nowoczesnych i skutecznych tabletek. O NaProTechnologii całkiem milczą, a jeśli opisują Naturalne Rozpoznawanie Płodności, czynią to w sposób zniechęcający albo wprost niezgodny z prawdą.

Należący do firmy Bayer portal pigulka.pl za mit uważa twierdzenie, że wnikliwa obserwacja ciała jest wystarczająca dla ochrony przed ciążą. Portal twierdzi: Do pewnego stopnia to prawda, tylko że nie do antykoncepcji, a do koncepcji właśnie. Stosowanie kilku metod okresowej abstynencji na raz w przypadku skrupulatnej kobiety, o stabilnym cyklu i przy zachowaniu reżimu (nie)współżycia może dać porównywalny efekt.

Majstersztyk manipulacji: subtelne straszenie ciążą, zniechęcanie uciążliwością oraz koniecznością abstynencji, wręcz reżimem niewspółżycia! A wszystko nadaje się tylko dla skrupulatnej kobiety (którą nastoletnia adresatka przekazu raczej nie jest) o stabilnym cyklu (jeśli od tego zależy skuteczność, to żadna kobieta nie zaryzykuje). Przekaz nieprawdziwy, ale jakże skutecznie zniechęcający.

W opozycji do tej nieskutecznej, trudnej i przestarzałej metody katolickiej stoi zawsze skuteczna, wygodna i nowoczesna tabletka. Spotkamy ten kontrast w wypowiedziach „ekspertów”, na forach, w artykułach zamieszczanych regularnie w pismach kobiecych. To kręgosłup antykoncepcyjnej propagandy.

Cel: młodzież

Najważniejszym „targetem” biznesu antykoncepcyjnego jest młoda kobieta. Wychwycona wcześnie, stanie się wiernym konsumentem na lata. Jeśli antykoncepcja zrujnuje jej zdrowie, kupować będzie od koncernu kolejne leki. Inwestycja warta zachodu.

Jednak nie do każdej dziewczyny dotrą sponsorowane publikacje czy „edukator seksualny”. Ale prawie każda interesuje się popkulturą. Słucha muzyki, ogląda seriale, śledzi życie „celebrytów”. Do niej kieruje się reklamę opartą na poczuciu prestiżu.

Pewien polski zespół hip-hopowy został kiedyś odwiedzony przez przedstawiciela koncernu farmaceutycznego. – Napiszcie piosenkę o antykoncepcji „po”. Nie musi paść żadna nazwa, tylko ogólnie ma być pozytywnie. Teledysk dla MTV i trasę koncertową to już my załatwimy – zaproponował. Tak powstają kampanie reklamowe, w których „celebrytki” obnoszą się z antykoncepcją.

Wystarczy tylko zainicjować akcję społeczną typu „święto antykoncepcji” i mamy gwarancję, że „celebrytka” i „ekspert” zostaną zaproszeni do telewizji. Koncerny farmaceutyczne zacierają ręce. Zamiast wydać sto tysięcy złotych na trzydziestosekundowy spot, mają darmowy czas antenowy, który widz ogląda z uwagą i zaufaniem do bezstronności mediów.

Konsument w szkolnej ławce

Największym chyba osiągnięciem strategów farmaceutycznego imperium jest pomysł „edukacji seksualnej” w szkołach. Oto za pieniądze podatnika, w instytucji cieszącej się autorytetem, promotorzy antykoncepcji mają tydzień w tydzień bezpośredni kontakt z młodzieżą.

Przedmiot nazywa się „wychowanie”, „edukacja” lub „zdrowie”. Dzieciom wpaja się, że antykoncepcja to nie tylko wolność czy prawo, ale odpowiedzialność, a wręcz konieczność, ba, kwestia bezpieczeństwa! Seks, który „grozi” ciążą, nazywa się niezabezpieczonym. Ten w prezerwatywie jest już „bezpieczny”. Pigułka „chroni” przed ciążą. A „nieodpowiedzialność” od „odpowiedzialności” dzieli pięćdziesiąt złotych miesięcznego abonamentu u producenta środków ubezpładniających. Próbki są za darmo, ze szczegółową instrukcją obsługi.

Doświadczenie wszystkich „oświeconych” państw wykazało, że ta indoktrynacja prowadzi do coraz wcześniejszej inicjacji seksualnej, szerzenia chorób wenerycznych, problemu wczesnych ciąż i aborcji. Nie ulega wątpliwości, że seanse promocji antykoncepcji tylko dolewają oliwy do ognia. Z punktu widzenia przemysłu farmaceutycznego – o to właśnie chodzi.

Wyłączyć, wytruć, wyrzucić

Jaka jest więc prawda o pigułce? Już sam mechanizm jej działania stanowi temat tabu. Pigułka powoduje ubezpłodnienie przez sztuczne blokowanie cyklu kobiety. Nie zachodzi więc ani owulacja, ani menstruacja, 28-dniowy rytm to atrapa natury, a rzekoma miesiączka to po prostu krwawienie z odstawienia. Nieprawdą jest więc, że antykoncepcja „reguluje cykl”. Ona cykl wyłącza, ze wszystkimi skutkami majstrowania przy hormonach, jakie się z tym wiążą.

Jednak mechanizm wyłączenia cyklu nie zawsze działa. Organizm broni się przed sterylizacją. W tej sytuacji działać ma drugi mechanizm – plemnikobójczy. Jeśli zawiedzie, włącza się system trzeci – wczesnoporonny – powodujący wyrzucenie poczętego dziecka z organizmu matki. Ten ostatni mechanizm jest skrzętnie ukrywany na ulotkach, często pod niezrozumiałym dla laika hasłem wpływ na endometrium.

Jak to możliwe, że sprzedaje się nieświadomym kobietom środki wczesnoporonne? Przemysł farmaceutyczny zadbał o zmianę definicji ciąży. W ich słowniku, kobieta nie jest w ciąży, dopóki dziecko nie zagnieździ się w macicy. W ten sposób można zataić działanie aborcyjne środka antykoncepcyjnego. Wiele katoliczek stosujących pigułki nie zdaje sobie sprawy, że to, co dla nich jest „lekkim nagięciem” nauczania Kościoła, dla ich dzieci oznacza po prostu śmierć.

Pigułka zabija

Slogan Lepsza antykoncepcja niż aborcja jest wielkim oszustwem. Dane z wielu źródeł potwierdzają, że zdecydowanie bardziej skłonne zabić dziecko poczęte są kobiety, u których zawiodła antykoncepcja. To one stanowią większość klientek aborterów. Mechanizm psychiczny jest prosty: muszę popełnić aborcję, ale to nie moja wina, ja się zabezpieczałam, to tabletki zawiodły.

A zawodność tabletek to kwestia czasu. Nie tylko dlatego, że przy dłuższym stosowaniu spada ich skuteczność. Również ze względu na nieubłagalną matematykę. Ryzyko zawodności każdego środka podaje się jako prawdopodobieństwo zajścia w ciążę w ciągu roku, zakładając idealne jego stosowanie. Tylko że sześć procent ryzyka w skali roku przekłada się na sześćdziesięcioprocentową pewność niechcianej ciąży w skali 10 lat. Tego się kobietom nie mówi wprost.

Fałszywe poczucie bezkarności zachęca nastolatki do nasilenia aktywności seksualnej, co prowadzi do tragedii. Cynicznie wykorzystują to sprzedawcy śmierci. – Mieliśmy cały plan, jak sprzedawać aborcję. Nazywał się „edukacja seksualna”. Złamać ich naturalny wstyd, oddzielić je od rodziców i wartości, stać się ekspertem od seksu w ich życiu tak, aby przychodziły do nas. Dawaliśmy im niskodawkowe pigułki antykoncepcyjne albo uszkodzone prezerwatywy, żeby zachodziły w ciążę. Naszym celem było doprowadzenie do 3-5 aborcji u każdej dziewczyny w wieku 13-18 lat – opowiada we wstrząsającym dokumencie Krwawe pieniądze (Blood Money) Carol Everette, była właścicielka kliniki aborcyjnej, uwikłana w śmierć 35 tysięcy dzieci.

Antykoncepcja nie leczy

Nie można nazywać środków antykoncepcyjnych lekami. Lek to środek, który zmienia organizm w kierunku korzystnym, poprawia zaburzone czynności, zapobiega powstawaniu szkód. Środki antykoncepcyjne to ubezpładniająca chemia szkodliwa dla zdrowia. To nie terapia, to co najwyżej usługa.

Problemem jest powszechne zalecanie antykoncepcji na schorzenia. – Muszę pani przepisać tabletki – słyszy pacjentka i nie dyskutuje. Niestety, wielu lekarzy wierzy, że to właściwe leczenie. A pisma fachowe, również powiązane z biznesem farmaceutycznym, nie wyprowadzają ich z błędu.

Znajomy ginekolog pokazał mi długą listę schorzeń i dolegliwości, na które zapisuje się antykoncepcję. – To tak jakby uderzać ciężkim antybiotykiem w byle katar. Przejdzie, ale jakim kosztem. Poza tym, antykoncepcja maskuje tylko objawy, nie leczy problemu. Tego nie wolno robić. Prawdziwa medycyna leczy, a nie zamiata pod dywan.

Ginekolodzy szkoleni w NaProTechnologii nigdy nie zapisują antykoncepcji. Wiedzą jak leczyć, nie sięgając po bomby hormonalne. Niestety, nadal zbyt wielu ginekologów ogranicza się do składania pacjentkom dwóch propozycji: in vitro na niepłodność albo antykoncepcja na wszystko inne.

To nie landrynka

Pigułka to silnie inwazyjna struktura chemiczna. Niszczy równowagę hormonalną i może trwale zdeformować funkcje biologiczne organizmu. Badania, które to wykazują, bardzo trudno opublikować ze względu na wpływy lobby farmaceutycznego w periodykach medycznych. Jednak to, co udało się upowszechnić, stanowi wystarczająco upiorny katalog.

Międzynarodowa Agencja ds. Badań nad Rakiem (IARC) Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) uznała pigułkę dwuskładnikową za wysoce rakotwórczą. Zwiększa ona ryzyko nowotworów złośliwych: raka piersi (według Mayo Clinic od 30 procent do nawet 72 procent przy używaniu antykoncepcji przez 4 lata i przed urodzeniem pierwszego dziecka) oraz szyjki macicy (łatwiej złapać HPV i rozwinąć raka, wykazał w roku 2002 „Lancet”, a rok wcześniej „American Journal of Epidemiology”). Główny składnik pigułek – etylen estradiolu to tysiąc razy silniejszy środek niż estradiol produkowany przez organizm kobiety. Zwiększa ryzyko raka macicy, piersi i uszkodzeń wątroby.

Promotorzy antykoncepcji twierdzą, że pigułka zapobiega rakowi jajnika. Pigułka blokuje owulację, a więc oszczędza jajnik – tłumaczą, zakładając, że ryzyko raka rośnie od naturalnej czynności narządu. Gdyby to była prawda, to kobiety, które mają tylko jeden jajnik pracujący dwa razy szybciej, częściej zapadałyby na raka. Tak się jednak nie dzieje, więc nie wolno mówić, że antykoncepcja działa tu korzystnie.

Według Royal College of General Practitioners, antykoncepcja pięciokrotnie zwiększa ryzyko śmierci z powodu zaburzeń sercowo-naczyniowych. O kilkukrotnie wyższym ryzyku ataku serca u palaczek i kobiet z nadciśnieniem poinformował w roku 1997 „Lancet”. Inne źródła opisują zwiększone występowanie zakrzepicy wśród młodych kobiet, wylewów krwi w centralnym układzie nerwowym, choroby wieńcowej, zawału serca, nadciśnienia, niedokrwiennego udaru mózgowego. Według „Archives of Internal Medicine” (2004), antykoncepcja zwiększa od 2 do 6 razy ryzyko zatorów w żyłach, płucach, mózgu i oczach.

Nawet prezerwatywy nie są neutralne dla zdrowia. Lateks – jako bardziej szorstki niż błony śluzowe – powoduje mikrouszkodzenia sprzyjające infekcjom i nadżerkom. Środki plemnikobójcze są toksyczne, a pianki antykoncepcyjne zmieniają pH pochwy, zwiększając ryzyko grzybicy.

„British Journal of Obstetrics and Gynecology” wykazał, że tabletki antykoncepcyjne zwiększają ryzyko niepłodności o 26 procent, spirale zaś o 29 procent. Wśród powikłań antykoncepcji wymienia się również krwawienie międzymiesiączkowe, przewlekłe stany zapalne, zmiany zaliczane do stanów przedrakowych.

Wiele z tych powikłań to bomba z opóźnionym zapłonem. Wybucha w 40.-50. roku życia. Czy dzisiejsze młode „celebrytki” zmienią wtedy swoje plastry ubezpładniające na wstążeczki solidarności z ofiarami raka piersi?

W imię czego?

Dopóki bomba nie wybuchnie, wiele młodych kobiet lekceważy zagrożenia zdrowotne. Nie sposób jednak przeoczyć codziennych dolegliwości powodowanych przez pigułki. Znaczna część kobiet narzeka na tycie, depresję, nadmierne owłosienie, szpecące zmiany skóry, nudności i wymioty, bóle głowy, uczucie opuchnięcia, żylaki, plamienia, cellulit i rozstępy.

Co ciekawe, antykoncepcja obniża popęd płciowy. Zastrzyk Depo Provera, sprzedawany dziewczynom jako praktyczniejszy niż codziennie łykane pigułki, nie tylko poważnie zwiększa ryzyko raka piersi, osteoporozy i cukrzycy, ale też zawiera składnik używany do chemicznej kastracji pedofilów… A kobieta, o ironio, przyjmuje to w imię wolności seksualnej.

Ponadto, brytyjscy naukowcy wykazali mylący wpływ antykoncepcji na feromony, co zakłóca zdolność naturalnego doboru partnera. Zdarza się, że kobieta, która weszła w związek będąc na antykoncepcji, w momencie, gdy chce mieć dziecko i przestaje brać tabletki, traci zainteresowanie partnerem. Jej natura „nie chce” go na ojca dziecka – „wiedziałaby” to w momencie poznania, gdyby odbiór feromonów nie był zakłócony przez ­pigułkę.

Idea chemicznego wymuszania bezpłodności opiera się na głębokiej pogardzie dla kobiety. Redukuje ją do poziomu puszki piwa, która chłodzi się w lodówce, zawsze pod ręką. Bez zobowiązań dla niego, z tragicznymi konsekwencjami dla niej. W imię czego kobieta ma się godzić na aborcje własnych dzieci, samo okaleczać się środkami rakotwórczymi, rozstrajać całe swoje zdrowie, emocje i samopoczucie?

Rujnowanie zdrowia kobiet jest poważnym problemem społecznym, bo nie żyjemy w izolacji. Coraz liczniejszych uczonych interesuje kwestia zanieczyszczenia wód gruntowych hormonami, które się nie rozkładają. Niektórzy twierdzą, że należy winić je za epidemię niepłodności.

A w debacie publicznej samobójcza moda na antykoncepcję uchodzi za dobro cywilizacyjne. Brawo, panowie spece od marketingu farmaceutycznego!

„Polonia Christiana”, nr 13, 2010.

Nadesłane: Tomasz M.