Rolniczy przekręt GMO

Wyłączne prawo zastrzega wyłącznie dla hodowcy, który jest właścicielem danej odmiany, wykonywanie następujących czynności:

– wytwarzanie lub rozmnażanie, – przygotowanie do rozmnażania, – oferowanie do sprzedaży, – sprzedaż lub inne formy zbywania, – eksport, import, – przechowywanie materiału siewnego tej odmiany.

„Odstępstwo rolne” (termin z tłumaczenia prawa Wspólnotowego) lub „użycie materiału ze zbioru jako materiału siewnego odmiany chronionej wyłącznym prawem” (termin z ustawy o ochronie prawnej odmian roślin), jest odstępstwem od wyłącznego prawa hodowcy i stanowi, że rolnik, będący posiadaczem gruntów rolnych, może nasiona zebrane w celach niesiewnych wykorzystać do siewu na posiadanych przez siebie gruntach bez obowiązku uzyskania pisemnej zgody hodowcy.

Odstępstwo rolne jest zatem znacznym ograniczeniem wykonywania wyłącznego prawa przez hodowcę.

Parlament zobowiązuje rolnika, który skorzystał z dobrodziejstwa „odstępstwa rolnego”, do uiszczenia opłaty na rzecz hodowcy w terminie 30 dni od dnia siewu nasion odmiany chronionej. Wysokość tej opłaty została przez ustawodawcę określona jako równowartość 50% opłaty licencyjnej obowiązującej dla danej odmiany.

Więcej w tekście ujednoliconym Ustawy z dnia 26.06.2003r o ochronie prawnej odmian roślin. Nie wszystkie gatunki roślin podlegają instytucji „odstępstwa rolnego”. Przepisy prawa zarówno wspólnotowego jak i krajowego precyzyjnie określają gatunki, których materiał z własnego zbioru rolnik może użyć do siewu we własnym gospodarstwie. Są to:

Dla odmian chronionych wyłącznie na poziomie krajowym, zgodnie z art. 23 ust. 2 ustawy o ochronie prawnej odmian roślin:

jęczmień; kukurydza; owies; pszenica zwyczajna; pszenżyto; żyto; rzepak ozimy; ziemniak.

Dla odmian chronionych na poziomie wspólnotowym, zgodnie z art. 14 ust. 2 Rozporządzenia Rady (WE) Nr 2100/94 z dnia 27 lipca 1994 r. w sprawie wspólnotowego systemu ochrony odmian roślin:

– rośliny pastewne: bobik; ciecierzyca pospolita; groch zwyczajny; koniczyna aleksandryjska; koniczyna perska; lucerna siewna; łubin żółty; wyka siewna; – zboża: jęczmień; kanar; owies; pszenica orkisz; pszenica twarda; pszenżyto; ryż; żyto; – ziemniaki: ziemniak; – rośliny oleiste i włókniste: len oleisty (z wyłączeniem lnu włóknistego); rzepak; rzepik.

Ważne ! „Odstępstwo rolne” nie dotyczy odmian chronionych spośród gatunków, który nie zostały wymienione powyżej. Oznacza to, że wysiewanie nasion z własnych rozmnożeń takich gatunków jest przestępstwem.

Okazuje, się, że każdy rolnik, który sieje zboże, które wcześniej zebrał, uprawia tzw. „piractwo nasienne”. Piractwo nasienne, jak każde inne piractwo jest nielegalne, i grożą za to kary !

Nielicencjonowana produkcja materiału siewnego jest piractwem, które szkodzi wszystkim: rolnikom, firmom nasiennym, hodowcom. Wpływa negatywnie na polskie rolnictwo i nasz wizerunek na świecie. Piractwo nasienne jest nastawione na wysoki zysk przy minimalnych kosztach produkcji i dlatego oferuje nasiona złej jakości, porażone chorobami, niewłaściwie zaprawione i przechowywane. Spadek plonu w wyniku zasiewu nielegalnie sprzedawanych nasion, choćby o kilka kwintali z hektara, stanowi wartość znacznie przewyższającą „oszczędność” wynikającą z niższej ceny zakupu nasion niekwalifikowanych. Ponadto rolnik nie uzyska dopłaty z Agencji Rynku Rolnego.

Co powinien zrobić rolnik, który zorientował się, że uprawia piractwo ? Nie powinien siać własnego zboża, tylko powinien zakupić specjalnie modyfikowane zboże od specjalizujących się w tym firm. Wyłączne prawo rozmnażania na cele siewne posiadają tylko tzw. hodowcy, a rolnicy są tylko producentami żywności, nie mogą produkować nasion na cele siewne.

http://www.agencjanasienna.pl

Napisane w Polska. Tagi: , . 4 Komentarze »

Misja specjalna

Zadajemy kolejne ważne pytania o katastrofę w Smoleńsku i o trwające śledztwo.

http://www.tvp.pl/publicystyka/magazyny-reporterskie/misja-specjalna/wideo/05052010-2300/1697595

Mam dużo pytań – rozmowa z Małgorzatą Wassermann

„Rosjanie chcieli, żebym podpisała oświadczenie, że mogą spalić rzeczy ojca. Rosyjska psycholog powiedziała mi, że są to strzępy ubrania pobrudzone krwią, benzyną i błotem i właściwie nic z nich nie zostało. Zgodziłam się. Tymczasem wśród rzeczy ojca, które mi potem oddano, były prawie niezniszczone blankiety biletów LOT, różaniec, harmonogram pobytu w Katyniu, telefon komórkowy, który nie był uszkodzony i działał.” Z Małgorzatą Wassermann, córką posła PiS, rozmawia Dorota Kania („Gazeta Polska”).

W jaki sposób dowiedziała się pani o śmierci ojca w katastrofie prezydenckiego samolotu Tu-154?
W sobotę rano z mediów. Radio RMF przerwało program, by przekazać tę informację. Później w telewizji została podana infolinia, na którą mogły telefonować rodziny. Pierwszy raz zadzwoniłam tam około 13.00. Usłyszałam, że tata wsiadł na pokład samolotu, a na chwilę obecną jedynie mogą nam zaoferować pomoc psychologa i na tym rozmowa się skończyła. Kilka godzin później na pasku informacyjnym w telewizji przeczytałam, że jest organizowany wyjazd rodzin ofiar katastrofy do Moskwy. Ponownie zadzwoniłam na infolinię – rozmawiająca ze mną kobieta powiedziała, że jest to „plotka medialna”.

Czy w sobotę zgłosił się do pani lub rodziny ktoś ze strony polskich władz?
Nie. W niedzielę rano z telewizji dowiedziałam się, że w Warszawie gromadzą się rodziny, które mają lecieć do Moskwy. Zadzwoniłam na infolinię i ustaliłam, że my dojedziemy. Około południa poinformowano nas telefonicznie, że ojciec został na sto procent zidentyfikowany i czy w takiej sytuacji nadal chcemy jechać. Kolejne telefony z taką samą informacją otrzymaliśmy z MSZ oraz infolinii. Ponieważ powiedziano nam trzykrotnie, że ojciec został zidentyfikowany na pewno i informowano nas, że nie trzeba jechać, zrezygnowaliśmy z wyjazdu do Moskwy. Poinformowano mnie również, że mogę w imieniu rodziny ustanowić pełnomocnika. W niedzielę pobrano od nas także DNA. W poniedziałek usłyszałam, jak minister Ewa Kopacz czyta listę zidentyfikowanych osób – ojca na niej nie było.

Poinformowano panią, kto rozpoznał ciało Zbigniewa Wassermanna?
Nie, ale w mediach pojawiła się wiadomość, że Jarosław Kaczyński, który był w Smoleńsku identyfikować ciało brata, prezydenta Lecha Kaczyńskiego, dokonał tej identyfikacji. Zadzwoniłam do posła Adama Bielana, który stwierdził, że identyfikacja ojca nie miała miejsca. Skontaktowałam się z biurem PiS i posłowie zaczęli ustalać, jaki jest stan faktyczny. Poseł Beata Kempa i Andrzej Adamczyk wielokrotnie dzwonili w różne miejsca, by cokolwiek ustalić. Zdecydowaliśmy, że jedziemy do Moskwy: ja, moja bratowa i dyrektor biura ojca. Bardzo szybko załatwiono nam wizy i we wtorek przed południem wylecieliśmy do Moskwy.

Co się działo po przylocie?
Od razu pojechaliśmy do instytutu medycznego, gdzie wprowadzono nas do dużej auli. Było tam mnóstwo ludzi, do których podchodzili rosyjscy prokuratorzy, tłumacz i psycholog. Gdy przyszła nasza kolej, zapytano nas o znaki szczególne ojca, wygląd i ubranie. Po ich opisaniu powiedziano nam, żeby zejść na dół, gdzie są przechowywane ciała. Ponieważ już wcześniej ustaliliśmy, że identyfikacji dokonają moja bratowa i dyrektor biura ojca, ja zostałam, a oni poszli z rosyjskim prokuratorem, tłumaczem i psychologiem.

Długo pani na nich czekała?
Zaraz po ich odejściu podeszła do mnie kobieta świetnie mówiąca po polsku, bez żadnego akcentu. Zapytała, czy zgodzę się na kilka formalności, bo będzie szybciej.

Zgodziła się pani?
Oczywiście, że tak. Powiedziano mi, żebym podpisała dokument, że są to zwłoki ojca. Zadzwoniłam do bratowej, która potwierdziła identyfikację. Podpisałam dokument i wtedy rozpoczęło się przesłuchanie. W pewnym momencie pani psycholog, która wcześniej do mnie podeszła, powiedziała mi, że przesłuchujący mnie rosyjski prokurator, do którego zwracała się po imieniu, jest szefem wszystkich prokuratorów. Zapytałam wtedy, czy ona jest Rosjanką – powiedziała, że tak. Byłam zaskoczona, bo mówiła w naszym języku jak rodowita Polka.

„Rosjanie chcieli, żebym podpisała oświadczenie, że mogą spalić rzeczy ojca. Rosyjska psycholog powiedziała mi, że są to strzępy ubrania pobrudzone krwią, benzyną i błotem i właściwie nic z nich nie zostało. Zgodziłam się. Tymczasem wśród rzeczy ojca, które mi potem oddano, były prawie niezniszczone blankiety biletów LOT, różaniec, harmonogram pobytu w Katyniu, telefon komórkowy, który nie był uszkodzony i działał.” Z Małgorzatą Wassermann, córką posła PiS, rozmawia Dorota Kania („Gazeta Polska”).

Była cały czas podczas pani przesłuchania?
Tak, siedziała przy mnie i cały czas do mnie mówiła.

Ile trwało przesłuchanie?
Prawdopodobnie około sześciu godzin.

Dlaczego tak długo?
Zaczęło się od spisywania moich danych. Prokurator mając przed sobą mój paszport, w którym były moje dwa imiona, zapytał mnie, czy używam jednego imienia, czy dwóch. Odpowiedziałam, że jednego. Wpisał jedno imię w protokół, a ja na chwilę wyszłam. Po powrocie stwierdził, że w paszporcie są dwa imiona i trzeba na nowo spisać protokół. Wówczas odpowiedziałam, że przecież o tym wiedział, mało tego, dokładnie mnie o to pytał. Powiedziałam, że jestem prawnikiem i z mojej wiedzy wynika, że na dole protokołu możemy dopisać informacje o drugim imieniu. Usłyszałam, że tego nie przewiduje rosyjska procedura i wszystko trzeba spisać na nowo. Pytano mnie, gdzie pracuję, jaki jest adres mojej pracy i telefon, gdzie mieszkam. Po zakończeniu odbierania danych ponownie na moment opuściłam pokój. Kiedy wróciłam, któraś z tych osób podała mi długopis i ja się podpisałam. Za chwilę okazało się, że znowu pojawił się problem, bo na jednej stronie podpisałam się na niebiesko, a na innej na czarno. I znów prokurator powiedział mi, że wszystko musimy zrobić od nowa, ponieważ w rosyjskiej procedurze dokumenty muszą być podpisane jednym kolorem długopisu. Po jakimś czasie odmówiłam udziału w dalszych czynnościach, na co Rosjanka przedstawiająca się jako psycholog, tłumaczyła mi, że jestem w szoku, dlatego nic nie rozumiem, i chciała podać mi leki uspokajające

Zażyła je pani?
Nie byłam w szoku, wiedziałam, co się dzieje, i żadne leki nie były mi potrzebne. Zresztą polscy psychologowie powiedzieli później, że byliśmy jednymi z najbardziej opanowanych i spokojnych ludzi, którzy przyjechali na identyfikację.

Po spisaniu danych przesłuchanie trwało nadal?
Tak. Samo spisywanie danych i poprawki trwało ponad dwie godziny. Później prokurator pytał mnie, kto mieszka z ojcem w domu, jak ma na imię druga wnuczka i po co przyjechał do Rosji. Odpowiedziałam, że siedemdziesiąt lat temu zostali tutaj zamordowani polscy oficerowie i przyjechał oddać im hołd.

O co jeszcze pytał rosyjski prokurator?
Czy przyjechałam razem z ojcem do Rosji, kiedy ostatni raz się z nim widziałam, kiedy przekraczałam razem z nim granicę. Kolejne pytanie dotyczyło tego, kto z nim przyjechał. Zapytałam, czy mam wymienić nazwiska wszystkich pozostałych 95 osób, które zginęły w katastrofie. Po tym pytaniu powiedziałam, że chcę już zakończyć czynności i nie będę dalej zeznawać. Tym bardziej że moja bratowa i dyrektor biura ojca czekali na mnie na dole. Stwierdziłam, że chcę zabrać rzeczy taty, i mimo że wcześniej powiedzieli, że będę musiała oddać krew – bo ich nie interesuje materiał genetyczny pobrany w Polsce – odmówiłam. Wówczas dowiedziałam się, nie oddadzą ciała ojca, dopóki nie pobiorą mi krwi.

Zgodziła się pani?
Tak, ale zanim to nastąpiło, prokurator zapytał mnie, na ile wyceniamy to, co się stało. Odpowiedziałam, że ta tragedia nie ma ceny
i nie jest w stanie
wyobrazić sobie, co przeżywamy. Dodałam, że nie będziemy skarżyć państwa rosyjskiego za tę katastrofę, na co on stwierdził, że nigdy nic nie wiadomo.

Po oddaniu krwi pojechała pani do hotelu?
Ponieważ towarzyszące mi osoby musiały opuścić budynek, zadzwoniłam do polskiej ambasady i po kilkunastu minutach przyjechał nasz przedstawiciel, który towarzyszył mi do końca czynności. Nie skorzystałam z propozycji prokuratora, że osobiście odwiezie mnie do hotelu.

Jak zakończyło się przesłuchanie?
Powiedzieli mi, żebym podpisała oświadczenie, że mogą spalić rzeczy ojca. Zadzwoniłam do mamy, ona chciała je odzyskać. Wtedy rosyjska psycholog stwierdziła, że są to strzępy ubrania pobrudzone krwią, benzyną i błotem i właściwie nic z nich nie zostało. Ostatecznie zgodziłam się więc na ich spalenie i podpisałam dokumenty. Teraz tego żałuję.

Dlaczego?
Bo czas na analizę i przemyślenia przyszedł w Polsce. Rozpoznałam rzeczy ojca, które mi oddano: prawie niezniszczone blankiety biletów LOT, z których korzystał w Polsce na trasie Kraków–Warszawa, różaniec i etui, harmonogram pobytu w Katyniu, telefon komórkowy, który nie był uszkodzony i działał. Jeżeli ubranie było kompletnie zniszczone, to gdzie był telefon i dlaczego ocalał? Skąd Rosjanie wiedzieli, że to jest właśnie jego telefon? Dlaczego w tak dobrym stanie zachowały się papierowe bilety i harmonogram, które ojciec miał przy sobie, a ubranie w katastrofie zostało całkowicie zniszczone? Na te pytania chyba mi już nikt nie odpowie.

http://www.niezalezna.pl/

Centralne planowanie ponownie zawodzi – Nigel Farage

Ekspresowa nowelizacja ustawy o IPN

W podpisanej przez Komorowskiego nowelizacji ustawy o IPN najwięcej emocji – takie przynajmniej można odnieść wrażenie – budzi sposób wyboru prezesa. I słusznie, bo zostawiła to w gestii niezlustrowanych środowisk uniwersyteckich i o tym czyja kandydatura zostanie przedstawiona Sejmowi będą teraz decydować „autorytety” w rodzaju rektora Ceynowy, co to stanął na czele walki z oświadczeniami lustracyjnymi, bo – jak się później okazało – sam był agentem SB, co jednakowoż ani trochę nie zachwiało zaufaniem jakie mieli do niego koledzy z uniwersytetu, którzy nie dopatrzyli się żadnego konfliktu interesów, ani najmniejszej niestosowności i prawie jednogłośnie (przy bodajże jednym głosie sprzeciwu) wyrazili mu swoje poparcie. I to oni, do spółki z takimi jak inny uniwersytecki autorytet, który na swoim oświadczeniu lustracyjnym wysyłanym do IPN dopisał „Pocałujcie mnie w dupę pajace”, będą wybierać kolejnego prezesa IPN. Nie mamy więc szans na drugiego Kurtykę, obawiam się nawet, że i na drugiego Kieresa nie ma co liczyć, bo niezlustrowane i trzęsące portkami przed własną przeszłością środowiska akademickie wybiorą sobie takiego, który wszystkich oteczkowanych oszczędzi i pozwoli dalej cieszyć się niezasłużonym szacunkiem autorytetu moralnego. A sejmowa większość, czyli Platforma, tego kogoś przyklepie, bo nie po to forsowała tę ustawę z taką determinacją, żeby robić problemy na ostatniej prostej.

Nie sam wybór prezesa, czyli oddanie go pod pełną kontrolę niezlustrowanych środowisk i partii rządzącej, jest w tej ustawie najbardziej niepokojący. Prawdziwe przerażenie – nie przesadzam – powinny bowiem budzić wprowadzone nią zmiany w dostępie do dokumentów SB i wykorzystywaniu informacji w nich zawartych.

Art. 30

1. Każdy ma prawo wystąpić z wnioskiem do Instytutu Pamięci o udostępnienie do wglądu kopii dotyczących go dokumentów.
2. Instytut Pamięci udostępnia kopie dostępnych dokumentów, o których mowa w ust. 1, dotyczących wnioskodawcy, z wyjątkiem dokumentów:
1) wytworzonych przez wnioskodawcę lub przy jego udziale w ramach czynności wykonywanych w związku z jego pracą lub służbą w organach bezpieczeństwa państwa albo w związku z czynnościami wykonywanymi w charakterze tajnego informatora lub pomocnika przy operacyjnym zdobywaniu informacji;
3. W udostępnianych kopiach dokumentów anonimizuje się dane osobowe osób trzecich

Tekst zapisany kursywą ZNIKA z ustawy.

Tak, w skrócie, wygląda najważniejsza zmiana jaką właśnie podpisał Bronisław Komorowski, nie przejmując się zarzutami, że nowe przepisy naruszają konstytucyjne prawo do ochrony prywatności.

O ile więc stara ustawa nie dawała wglądu do wytworzonych przez siebie dokumentów i donosów funkcjonariuszom i tajnym współpracownikom SB, po wejściu w życie tej właśnie podpisanej każdy z nich będzie mógł otrzymać kopie wszystkiego co w ramach swojej bezpieczniackiej kariery zgromadził lub wytworzył. W ręce funkcjonariuszy i tajnych współpracowników SB trafią więc ich wszystkie raporty o osobach przez nich inwigilowanych, wszystkie zgromadzone na nich haki, kompromitujące informacje, czy zwykłe plotki. Wszystko co na swoje ofiary mieli. A dzięki Platformie i Komorowskiemu, z tych dokumentów i donosów nie zostaną nawet usunięte nazwiska osób trzecich, wszystko do wglądu. Ludzie, którzy przez lata zajmowali się łamaniem innym życia i brali za to pieniądze, dzisiaj dostaną z powrotem do ręki to co im wtedy do tego łamania życia służyło. Wszystkie donosy i plotki, każdą kompromitującą ich ofiarę informację – prawdziwą lub nie. Jakiż użytek można z tego dzisiaj zrobić, nawet nie próbuję sobie wyobrażać. Jakiś TW doniósł, że pani Kowalska ma romans z panem Nowakiem? Do dzisiaj, jeśli pani Kowalska i pan Nowak nie byli osobami publicznymi, ta informacja była zaczerniona i pozostawała ich słodką tajemnicą, ale już wkrótce były TW będzie mógł sobie pobrać z IPN-u opatrzony urzędową pieczęcią dokument, w którym będzie to miał napisane czarno na białym. I jeśli pani Kowalska jest dzisiaj wystarczająco bogata lub wpływowa, będzie jej można ten kwit, a raczej obietnicę milczenia o nim, sprzedać za odpowiednią cenę. Nowa ustawa to reaktywacja SB, której funkcjonariusze i tajni współpracownicy będą mogli całkiem legalnie odzyskać swoje przejęte przez IPN aktywa, kopie, a przy pewnej dozie sprytu i bezczelności nawet oryginały, które będzie można zniszczyć lub zabrać. I ponownie zrobić z nich użytek, znowu kosztem tych samych ludzi, których niszczyli za komuny.

To jest istota nowej ustawy, trzeba być ślepym, żeby tego zagrożenia nie widzieć i mówić coś o cywilizowaniu lustracji, gdy jest to raczej jej prywatyzacja, z prawem pierwokupu dla byłych funkcjonariuszy i tajnych współpracowników. I o ile rozumiem dlaczego ta ustawa tak się podoba SLD, które przecież jest spadkobiercą partii rządzącej za pomocą SB i ma wobec SB dług wdzięczności, o tyle zupełnie nie rozumiem dlaczego Platforma – z nielicznymi chlubnymi wyjątkami – na to poszła. Dla kogo uchwaliła tę ustawę, i jaki wpływ na to miał fakt, że ojcem-założycielem tej partii był – a przynajmniej się nim obwołał – agent. Jakie polityczne interesy – bo przecież nie merytoryczne względy – pchnęły Platformę do uchwalenia bubla prawnego, na dodatek tak szkodliwego nie tylko dla samej idei lustracji (bo poparcie dla niej zawsze było w Platformie wyłącznie koniunkturalne), ale przede wszystkim dla tych tysięcy ludzi, których nie zamazane nazwiska trafią teraz do rąk każdego, kto w tamtych czasach miał swój udział w gnojeniu ich? I po długiej przerwie będzie mógł do tego gnojenia wrócić, jeśli tylko będzie miał potrzebę lub ochotę.

Najbardziej jednak szokuje mnie radosne poparcie jakim nowa ustawa cieszy się w środowiskach zawsze wrogich lustracji, a zwłaszcza wśród animatorów kolejnych frontów antylustracyjnych z Gazety Wyborczej, która nie powinna mieć żadnego politycznego interesu w przepchnięciu ustawy dającej SB taką przewagę nad jej ofiarami i dzisiaj powinna być na pierwszej linii frontu walki z nową ustawą. Odkąd bowiem pamiętam, przy każdej dyskusji na temat lustracji Gazeta przekonywała, że wypominanie komuś agenturalnej przeszłości jest okrutne, nieludzkie, i może spowodować falę samobójstw. Dzisiaj ta sama gazeta skacze do powały, bo decyzją Komorowskiego w ręce SB wpadnie każda informacja, plotka, każdy kompromitujący materiał, o dziesiątkach tysięcy, może milionach osób, których nazwiska z jakiegoś powodu znalazły się w czyichś donosach, w kontekście mającym umożliwić SB ich zniszczenie. Nie rozumiem jak można godzić wylewanie hektolitrów łez nad losem każdego agenta trafionego teczką, i nie mieć cienia współczucia dla tysięcy potencjalnych ofiar, które dzisiaj mogą zapłacić wysoką cenę za to, że nie robiąc nic złego, kiedyś były bohaterami – bohaterami, nie autorami – donosów. Poparcie Gazety, czy szerzej, środowisk antylustracyjnych, dla tej kuriozalnej ustawy świadczy o tym, że walka z lustracją nigdy nie była ochroną „ślusarza z Pafawagu”, nie chodziło o jednostki i o czyjąś krzywdę. Bo dzisiaj okazuje się, że tej troski na jaką zawsze mogli liczyć agenci SB nie starczyło już dla ich ofiar.

I proszę nie mówić, że ustawa daje możliwość zastrzeżenia niektórych danych wrażliwych (art. 37), bo pozostałe zapisy są sformułowane w taki sposób, że praktycznie czynią ten przepis niewykonalnym. Instytut ma 7 dnia na udostępnienie każdemu dotyczących go danych, wystarczy zatem, że funkcjonariusze i tajni współpracownicy SB wystąpią o wytworzone przez siebie dokumenty i donosy pierwszego dnia po wejściu w życie ustawy, a żadna z pojawiających się w nich osób nie zdąży przejść całej procedury zastrzegania dotyczących siebie informacji o charakterze prywatnym. Biorąc pod uwagę fakt, że ofiary SB nie mają pełnej świadomości w czyich donosach i teczkach się pojawiają, a funkcjonariusze i tajni współpracownicy SB to wiedzą, bo to oni je wytwarzali, ofiary są na z góry przegranej pozycji bo ustawa nie przewiduje choćby procedury pytania „bohatera” czyjegoś donosu o zgodę na wydanie kopii donosu jego autorowi lub adresatowi. Można więc bez żadnej przesady powiedzieć, że ustawa nie tyle nawet zrównuje prawa kata i ofiary, co daje katowi ogromną przewagę nad ofiarą, przewagę, którą będzie mógł bez problemu wykorzystać. A biorąc pod uwagę o jakich ludziach mówimy, wielu z nich z pewnością z tej przewagi skorzysta.

Platforma przegłosowała, a Bronisław Komorowski podpisał ustawę oddającą ofiary SB ponownie w ręce swoich prześladowców, nie korzystając nawet z możliwości upewnienia się w Trybunale Konstytucyjnym czy ten naganny moralnie dar jest przynajmniej formalnie zgodny z Konstytucją. A Marszałek miał ku temu wyborną okazję, bo gdyby zgodnie z wolą Prezydenta odesłał ustawę do Trybunały, nikt poważny nie mógłby mieć do niego pretensji, bo byłoby to nie tylko uzasadnione, ale też wyjątkowo eleganckie, a i dla samego Marszałka bezpieczne, bo zdjęłoby z niego odpowiedzialność za ewentualne konsekwencje niekonstytucyjności już wprowadzonej w życie ustawy.

Żeby dopełnić obrazu, Platforma przegłosowała też, w trybie ekspresowym, nowelizację dopiero co podpisanej ustawy, wprowadzając zapisy przyspieszające przejęcie kontroli nad Instytutem i oddanie jej całkowicie w ręce marszałka Komorowskiego, który zapewne wkrótce jako p.o. Prezydenta będzie miał okazję podpisać ustawę dającą mu – jako Marszałkowi Sejmu) prawo jednoosobowego wyznaczenia prezesa IPN-u, który potem, też jednoosobowo, wyznaczy sobie trzech zastępców. I wyczulone zazwyczaj autorytety od standardów nie widzą w tym ani konfliktu interesów samego Marszałka, ani faktycznego przejmowania IPN-u przez jego partię, do czasu wyboru nowego prezesa, czyli nie wiadomo kiedy.

Działania Platformy i Komorowskiego nie są ani odpolitycznianiem IPN-u (bo trudno mówić o odpolitycznianiu instytucji, której szefa za chwilę jednoosobowo powoła kandydat na prezydenta partii rządzącej), ani cywilizowaniem lustracji (bo co to za cywilizowanie, jeśli się oddaje funkcjonariuszom i agentom wszystkie materiały jakie kiedykolwiek wytworzyli lub zgromadzili na swoje ofiary), tylko ordynarnym skokiem na IPN. Jeśli ktoś naprawdę myśli, że to tylko histeria sierot po Kurtyce, niech uważnie przeczyta ustawę, może to tylko ja nie umiałam w niej znaleźć ani tego odpolitycznienia, ani ucywilizowania.

http://kataryna.salon24.pl

Napisane w Polska. Tagi: , , , . 6 Komentarzy »