Polscy politycy osiągnęli piąty poziom piekła

Autor Roman Mańka

Z Aleksandrem Gudzowatym, prezesem Bartimpexu, rozmawia Roman Mańka

Jak Pan jako przedsiębiorca – jeden z największych w Polsce, prezes jednej z największych firm – patrzy na polską gospodarkę, jak ocenia to, co się obecnie dzieje?

Ja akurat mam w firmie regres – wspomagany, że tak powiem…

Przez kogo, przez rządzących?

Tak, mogę to już w tej chwili powiedzieć z całą pewnością. Ale nie o to chodzi. Wyjdźmy poza moje sprawy do ogólniejszych. Podstawową sprawą dla Polski jest fakt, że my nigdy nie dawaliśmy pierwszeństwa polityce rozwoju kraju, a zawsze polityce podziału. To wynika ze słabości kadry politycznej, która jest słaba do bólu – nie mówię o wszystkich oczywiście, ale mówię o swojej masie. A poza tym z tego, że kadra polityczna wytworzyła się u nas poprzez interes przywódców partii, a nie poprzez interes państwa. Jest pewna izolacja od interesu państwa. Moim zdaniem oni w ogóle nie biorą pod uwagę tego czynnika z wyjątkiem sytuacji, kiedy interes kraju staje się dokuczliwy dla nich, czy gdy istnieje brak jakiegoś sukcesu, tak jak na przykład z OFE. Patrzę na sprawę z oburzeniem. Polska nie jest państwem bogatym. Do oceny sytuacji trzeba przyjmować ludzkie kryteria. Jeżeli mamy do czynienia z dużą grupą emerytów na groszowych uposażeniach – proszę zobaczyć, że przez wszystkie lata prowadzonej polityki życie emeryta staje się coraz gorsze, bo jeżeli im nawet podwyższają emerytury, to pieniądz traci wartość. A więc de facto rachunek jest ciągle dla emerytów niekorzystny. A poza tym o kraju, w którym dożywia się półtora miliona dzieci, nie można mówić, że jest to „zielona wyspa” na mapie Europy. I dlatego uważam, że indolencja polityków spowodowała, że my po prostu nie jesteśmy zarządzani przez fachowców, tylko przez słabeuszy. Dla mnie jest oczywiste, że zbliża się milowymi krokami kryzys ekonomiczny i społeczny.

Mówi Pan o Polsce?

Mówię o świecie. On jest nieunikniony. Przyczyny są znane, ale nikt nie wymyślił lekarstwa. Istotne są dwie rzeczy – globalizacja oraz korupcja. Korupcja, która powoduje nieracjonalne decyzje, czyli sytuację, że nie są one korzystne dla całych społeczeństw, ale dla grup, tych głównie globalnych właścicieli majątków. Dalej – uprzedmiotowienie pracy przez rozwój postępu technicznego jest duże i to jest z jednej strony korzystne, a z drugiej niekorzystne przez to, że generuje bezrobocie i dla tych ludzi nie ma pracy. Na przykład, co się dzieje w krajach arabskich?! Tam mamy akurat przykłady na globalizację, jako niszczącą siłę i sytuacje korupcyjne. Taka charakterystyczna cecha – czy znalazł się prokurator, który od razu ministrom i prezydentowi konta zamroził…?! Przecież działalność tych ludzi nie była tajemnicą.

Uważa Pan, że w Polsce poziom korupcji jest wysoki?

Są dwa poziomy korupcji. Jeden to ten powszechny, masowy, czyli żeby coś załatwić, to się daje jakieś drobne pieniądze – w urzędach urzędniczkom czy urzędnikom. Ale jest też drugi poziom – ten już elitarny, że następuje przywłaszczanie majątku przez wąską grupę wybranych przyjaciół, kolegów, polityków itd. O tym świadczą niektóre prywatyzacje. To przejmowanie majątku za nieprawdziwe pieniądze.
Spotkał się Pan w swojej działalności z oczekiwaniami korupcyjnymi ze strony polityków?

A jakie są powody tego że ja jestem nietolerowany? Jak Pan myśli?

Wie Pan, ja być może mam własną intuicję, ale czytelnik chce usłyszeć konkretną odpowiedź

Oczywiście, że tak. Wyczekiwania pomocy w stosunku do mnie ze strony polityków były bardzo czytelne.

Czyli można powiedzieć, że politycy chcieli od pana pieniądze?

Coś ich trzyma przy tej władzy. Pycha i chciwość. Proszę zobaczyć na przykładzie prywatyzacji w Polsce. Ja nikogo nie atakuję i nie mam zamiaru być osobą oceniającą – zwłaszcza autorytety. Ale prywatyzacja w Polsce to jest rozbrojenie kraju. I właśnie w etap kryzysu wchodzimy dużo słabsi, bo część majątku oddaliśmy globalnym, dużym, przedsiębiorstwom zagranicznym. To nic innego jak „odkurzacze”. I to jest inicjatywa do tej pory pokutująca jako lekarstwo na polskie długi. A to nie jest żadne lekarstwo. Lekarstwem na polskie długi jest rozwój gospodarczy.

Oczywiście!

No tak – oczywiście! Ale to pan mówi, ja mówię, a Balcerowicz dostał, że tak powiem, „przezwisko” najmądrzejszego ekonomisty, Wybawcy Narodu, ale on pierwszy zaczął prywatyzację. Mało tego – pod jego skrzydłami powstała grupa specjalistów wyceniających wszystkie obiekty, podlegające prywatyzacji. I można powiedzieć, że napięcie długu było tak silne, że rządy musiały sprzedawać majątek narodowy, aby uzyskać środki przeznaczane na płacenie emerytur, ale to świadczy właśnie o tym, że te rządy były tak słabe, że szukały najprostszych rozwiązań, a same delektowały się swoją pozycją.

Sugeruje Pan, że zarzut pojawiający się dość często w dyskursie publicznym – jakoby w Polsce dokonano grabieży majątku narodowego, jest słuszny?

Słuszny. Może nie grabieży… ale pozbycia się majątku narodowego. Bo na przykład sprywatyzowanie banków to w ogóle było harakiri, jakby nie mówić. Mało tego, te wszystkie obiekty sprzedano za małe pieniądze.

NFI też wcześniej nie wypaliło?

A ile poszło tego towaru? Czyli rząd się bawił w delikatesy.

To było kilka rządów, jeżeli chodzi o proces prywatyzacji.

Wszystkie! To świadczy o poziomie kadry politycznej. Poza tym my nie mamy rosnącej kadry politycznej. Nasza kadra polityczna jest bardzo stabilna. Oni się ciągle przemiennie wybierają. Niech pan zobaczy – to są ciągle te same nazwiska, które przechodzą przez poszczególne fazy rządzenia krajem. Tak więc my jesteśmy sami sobie winni, że rozbroiliśmy Polskę.

W czym Pan dopatruje się przyczyn tego stanu rzeczy? Dlaczego elita polityczna może nie liczyć się ze społeczeństwem, z głosem przedsiębiorców, z ekspertami ekonomicznymi?

Po pierwsze dlatego, że taka jest moda na świecie. Żadna polityka na świecie nie liczy się ze społeczeństwem. Mówi, że się liczy, ale de facto się nie liczy.

Ale w krajach o rozwiniętej demokracji działają jakieś mechanizmy kontroli?

Nie wszędzie. Mamy teraz Egipt – prawda. W Ameryce rzeczywiście, jak kogoś złapią, to jest skończony. Nawet na 190 lat do więzienia pójdzie. W Izraelu mają to z głowy, potrafią, jak potrzeba, wsadzić do więzienia nawet prezydenta. Czyli jest ten obowiązek szanowania, czego u nas nie ma. U nas jest wolna amerykanka władzy. Politycy uważają, że oni nie zarządzają krajem, a rządzą. To jest różnica. To jest uzurpacja. Nieprzestrzeganie prawa przez polityków to jest kolejna nasza klęska. Ja mam ciągle na myśli przykłady ze swojego podwórka. Na przykład prywatyzacja PGNiG-e to był jeden wielki przekręt.

Stawia Pan bardzo poważne oskarżenia. Dlaczego Pana zdaniem był to przekręt?

Dlatego, że PGNiG wyceniono za nisko. Pierwszy z brzegu przykład – Europol Gaz – którego majątek trwały był olbrzymi – wyceniono na podstawie wartości księgowej, a więc wzięto pod uwagę akcje, itd. To wszystko chyba na 400 milionów wyceniono. I w ten sposób doszło do PGNiG, które jest właścicielem Europol Gazu. Czyli to wskazuje na to, że w przyszłości jest jakieś zapotrzebowanie na zakup PGNiG przez – jak myślę – obcy kapitał. Jak obserwuję – albo Niemcy, albo Rosja.

A może wspólnie…?

Albo wspólnie. Ale nikt w Polsce się temu nie przeciwstawił. Mało tego – myśmy interweniowali ze względu na nasz interes (jeśli chodzi o udziały) w sprawie Europol Gazu i wszędzie dostawaliśmy po łapach. Mieliśmy prywatne, nieoficjalne informacje, żeby nie podskakiwać. Takie „prośby” mieliśmy. Ale rzeczywiście dostawaliśmy po łapach. A sprawa z gazem? Przecież ten słynny już i nudny Bernau-Szczecin gdyby powstał dziesięć lat temu (a w tym przypadku chodziło tylko o 28 km przez Polskę), to nie byłoby żadnych problemów z dywersyfikacją dostaw gazu, bo byłby już półtora roku potem zbudowany i byśmy mieli szansę na kupienie gazu od zachodnich sprzedawców, nawet jeżeli to byłby gaz rosyjski. Ale co dziwne – w dokumentach tworzących gazociąg Bernau-Szczecin było wyraźnie napisane, że chodziło, aby powstał gazociąg dla gazu z Norwegii. A to przeciwnicy wymyślili sobie gazociąg norweski za 600 mln dolarów. Komuś bardzo zależało na tym, żeby nie powstał gazociąg Bernau-Szczecin.

A czy komuś zależało żeby Pana wykluczyć z tej sprawy?

To jest to… Bo ja byłem jedynym, który tam bronił tej (mówię nieskromnie) polskiej racji stanu. I wykluczyli mnie z tego biznesu. Wywalają mnie z tego biznesu. I proszę zobaczyć, co się stało? Wszystkie rządy były przeciwko mnie. O czym to świadczy, jeżeli w oczywistej sprawie rząd działał przeciwko mnie, to znaczy, że zostały użyte takie instrumenty katalizacji tego zła, że nie ma silnych, czyli prawdopodobnie istniały jakieś zewnętrzne naciski. Teraz na końcu za Tuska była taka argumentacji, że jak nie zgodzicie się, to nie damy gazu. Ale przecież wcześniej tego nie było.

Nie niepokoi pana zbliżenie Tuska z Putinem, gdzie Putin sugerował jakiś czas temu jakieś działania korupcyjne z Pana strony, czy coś takiego?

Niepokoi mnie co innego. Że Tusk nie potrafił mnie obronić. Nawet mnie nie zapytał – jak to było naprawdę. A więc ja wysłałem po prostu list do Putina, w którym wyjaśniłem, na czym polega konflikt. Ale z drugiej strony wiem, że gdyby powstał gazociąg Bernau-Szczecin, to by nie było rosyjskiej pętli gazowej. To byśmy mieli niższe ceny. I to jest ohydne. A teraz ta umowa polsko-rosyjska, którą rząd zrobił… Przecież tam jest naruszenie prawa.

Ile kosztowało usunięcie Pana z inwestycji Gas-Trading O jakie Pieniądze idzie gra?

Nie idzie o pieniądze, idzie o władzę.

Czyli jest zagrożenie dla suwerenności Polski?

Jest zagrożenie dla suwerenności Europol Gazu. Dlatego, że już dziś w Europol Gazie rządzą Rosjanie.
Dlaczego mnie tam tak nie lubią?! Za to moje gadanie i za to pisanie do nich? Przecież ja ich uprzedzałem na piśmie – czym grozi taka polityka Europol Gazu. Korzystałem z uprawnień członka rady nadzorczej. Pisałem do nich, a oni zawsze moje uwagi ignorowali. Nie było reakcji na to. Po starorosyjsku się zachowywali.

Jak Pan ocenia umowę, którą negocjował premier Pawlak?

Dałem sprawę do prokuratora z wnioskiem o wstrzymanie procedury podpisania umowy ze względu za szkodę dla Polski – ewidentną szkodę. Nie taką domniemaną, tylko wyraźną szkodę dla Polski. Ale prokurator jakoś jeszcze nie zareagował, a umowa już została podpisana. I tu dochodzimy do drugiego ważnego punktu – musi istnieć absolutnie, bezwzględny, czysty wymiar sprawiedliwości i przestrzeganie prawa. Jeżeli tej normy nie będzie, to porobią różne takie wykrętasy, rozmaite biznesy, a więc będą gonili tylko za swoimi interesami, a nie interesami ludzi czy interesami Polski. Przestrzeganie prawa jest obowiązkiem chwili. Tymczasem obserwujemy, iż wymiar sprawiedliwości, organy ścigania i służby zbyt bardzo liczą się ze zdaniem polityków, niekoniecznie słusznym. Dla mnie to jest upadek.

Pan ocenia, że polski wymiar sprawiedliwości nie jest czysty?

Jest podporządkowany.

Politycznie?

Politycznie. I wszystkie inne instytucje przeznaczone do egzekwowania prawa. One również służą politykom, czy może służyły, bo nie wiem, jak jest teraz.

Stworzono niezależną prokuraturę – instytucję Prokuratora Generalnego…?
I co z tego wynika? Przecież wystarczyłoby sprawdzić, czy ja mam rację. Przecież ja nie rzucałem słów na wiatr. Przywoływałem konkretne przepisy Kodeksu, które zostały naruszone. Wystarczyło tylko to ocenić. Ale nikt tego nie zrobił. Bo ten strach przed rosyjskim zatrzymaniem gazu – pokazanym wobec Ukrainy po raz pierwszy – spowodował panikę. Myślę, że to są ludzie słabego ducha – ci nasi politycy, albo mają zainteresowania całkiem inne i poszli na taką politykę nieświadomie.
To ludzie bardzo słabego poziomu. Są wyjątki oczywiście. Nie wszyscy. Ale większość, cała masa wypełniająca jest słabiutka. I nie ma ambicji. Przecież nas gubi to – czego nie biorą pod uwagę – że my jesteśmy dopiero 45 lat wolnym krajem. 20 lat okresu międzywojennego i teraz ostatnie dwadzieścia parę. My nie mamy jeszcze odruchów warunkowych, wolnościowych, które stawiają patriotyzm i państwo na pierwszym miejscu. Nie mamy tego.

Kiedy Józef Oleksy mówił prawdę – czy wtedy kiedy był u Pana, opowiadał o złotych zegarkach, o tych domach, które ktoś tam komuś daje, o tej korupcji wśród polityków, czy wówczas, kiedy temu zaprzeczał?

Ja bym powiedział tak: generalnie uważam – może tylko przykłady były przez niego przesadzone – ale wiedział co mówił. Ale też zauważyłem, że nikt tego nie wziął pod uwagę, natomiast był brany pod uwagę wątek, że Oleksy ich zdradził.

Ale jakby treść tego, co mówił, powinna być ważna?

Moim zdaniem to była prawdziwa treść.

Pana zdaniem treść przekazana przez Oleksego była prawdziwa?

Może nie w takiej skali, jak on podał, ale prawdziwa.

Z tego przekazu Oleksego wychodzą szokujące sprawy. Pominę już nawet konkretne nazwiska, które zawsze przyciągają największą uwagę mediów, ale on w pewnym momencie mówi do Pana tak – a przecież był to premier, człowiek, który miał dostęp do tajnych informacji – „międzynarodowe gangi rozkradły Polskę”?

Premier, Marszałek Sejmu. Widzi Pan, to rozstrzygnijmy sami, czy Oleksy miał rację, czy też nie.

A Pana zdaniem?

Moim zdaniem miał rację. Ale później zachował się najgorzej, jak sobie można tylko wyobrazić.

Zabrakło mu charakteru?

Nie to, że mu brakło… on nie ma charakteru. No i jest jeszcze to całe towarzystwo, które się na niego obraziło, zamiast się oczyścić albo sprawdzić, kto ma rację.

Mówimy o SLD?

Tak. Jeżeli on kłamał, to powinni potraktować go w taki sposób, jak się z kłamcom należy, a oni go teraz za posła dają. A co to da SLD?!

Nie tylko jego, bo i Millera też?

Miller ich nie obrażał. Miller to taki rodzaj pozytywnego watażki. To znaczy on ma dużo wartościowych cech, chociaż nie wiem, jak jest u niego z podniebieniem, jaki kolor ma to podniebienie – czarne, szare, czy różowe. Ale w przypadku Oleksego powstały oczywiste zarzuty. Ci, którzy go nagrywali i później podali do prasy, wiedzieli, co robią i po co to robią.

Jak Pan ocenia zachowanie prokuratury w tej sprawie?

Było śledztwo i umorzono.

Czyli prokuratura nie doszukała się niczego niepokojącego w tym, co mówił Oleksy?

Ja wystawiłem ABW-u rachunek za jej agentów u nas w firmie. Za dwóch agentów wystawiłem rachunek, wysłałem notę, ale nie zapłacili mi. Dużo pieniędzy tam było, ale nie zapłacili mi ani złotówki, uważając że to jest ich sprawa. A ja uważam, że jeżeli się ma agentów, którzy po pierwsze się demaskują po drugie służą nędznym celom, kłamią, to powinni mi za nich zapłacić. Ale nie zapłacili.

To Oleksy przychodził do pana z agentami ABW?

Nie. ABW prowadziło u mnie taką inwigilację, że przy okazji im się nagrał Oleksy. Poza tym mój szef ochrony okazał się od nich. Za naiwność się płaci. A potem Oleksy zaczął się bronić, obrażając mnie. Ale on nie jest w stanie mnie obrazić w żadnym przypadku. Po prostu dla mnie taka osoba nie istnieje. Jednak, jak będzie posłem, to wszyscy powiedzą, że naród go wybrał. Ale przecież w Polsce to nie naród wybiera. Widzi pan, co się dzieje teraz z tą gonitwą o miejsce na listach… Mówienie, że to naród wybiera, to kolejna nieprawda. Sami siebie okłamujemy.

Kto Pana zdaniem wybiera parlamentarzystów?

Szefowie partii. Wyłącznie, nikt inny. Przecież cały mechanizm jest do tego dostosowany. Na tym polega właśnie feler systemu. Oczywiście szefowie partii mogą wybierać, ale niech chociaż starają się czynić to dobrze. Żeby interes Polski był zabezpieczony. Żeby ludzie wybierani byli światli, patrioci.

Sugeruje pan, że partyjni liderzy obstawiają się klakierami?

Wyłącznie.

Którzy im później rewanżują się, sprzyjają?

Przecież to nie za urodę jest…

Jakie było zdanie prezydenta Lecha Kaczyńskiego w sprawie Europol Gazu?

Nie było. Nie znam tego zdania. Miałem taką sytuację – sprytnie zaaranżowaną, ale to służby prymitywne się w ten sposób zachowują – pan Miodowicz (też przedstawiciel narodu, bo wielokrotny poseł) sfałszował dokumenty na nasz temat i wysłał do premiera Pawlaka. Dokumenty, z których wynikało, że my jesteśmy najgorsi pod słońcem. Podejrzewam, że tymi argumentami robiono nam czarny PR i – że tak powiem – straszono polityków. Bo przecież w opinii publicznej funkcjonuje przeświadczenie, że my zarabialiśmy na gazie, a to jest nieprawda. Myśmy zarabiali przy pomocy gazu. Myśmy nie handlowali gazem, tylko płaciliśmy za niego polskimi towarami, a za to się należy medal, a nie szykany. Widocznie jak był dzielony majątek (ta grupa tu, ta grupa tu), zapomniano o gazie. Jak sobie zaś przypomnieli, to zaczęli mi dokuczać. Powstał konflikt wokół Bernau-Szczecin. Tylko dlaczego za ten konflikt ma płacić cały naród? Przecież ceny gazu poszły w górę. My byliśmy bezbronni, nie mieliśmy żadnej zdolności przeciwstawienia się rosyjskiej, gazowej nawałnicy. I to jest okropne.
Wszystkie kolejne polskie rządy blokowały ten projekt. To znaczy, że działa mafia. Że ktoś miał takie argumenty wobec rządów albo tak nakłamał rządom, że pozwolono torpedować korzystny dla Polski projekt. Gdyby był Beranu-Szczecin, to Polska by na tym skorzystała.

Kim może być ta mafia?

Myślę, że to są wszyscy – i politycy i służby specjalne. Bernau-Szczecin był w ogóle niewygodny Rosjanom, co teraz widać. Nie chcę już podejrzewać o jakieś nieprzyzwoite sympatie, ale coś na rzeczy w tym musi być. Przecież chodziło tylko o 28 km. I dla gazu norweskiego był budowany, za wiedzą Norwegów. I żaden prokurator się tym nie zajął. Co prawda prowadzi jeden prokurator śledztwo – ósmy rok. Trochę mu się już przedawniło, Miodowicz mu się przedawnił. A my mówimy – to nie prawda, bo to jest przestępstwo grupowe. To się nie przedawnia tak szybko.

Mówi Pan, że użyto fałszerstwa dokumentów wobec Pana firmy żeby pana wykluczyć z gry?

I żeby stworzyć argumenty dla wykluczenia mnie z tego interesu. I to Miodowicz poświadczył własnym podpisem. On teraz podobno kłamie, że to nieprawda. Ale my jesteśmy w stanie to udowodnić. Ja mam proces z Miodowiczem. On tak samo kłamał w sprawie kandydata na prezydenta Cimoszewicza (w 2005 roku – przyp. red.). Pamięta pan?! Ale tu nie chodzi nawet o to, czy kłamał, czy nie kłamał, ale jakie zastosowano metody.

Jednak Miodowicz cały czas jest w polityce?

Co z tego? Czy może się zachowywać jak szubrawiec? Oni się wynajmowali różnym grupom politycznym. My musimy oczyścić to wszystko. Zaczęliśmy naszą rozmowę od kryzysu światowego. W jaki sposób damy sobie radę w kryzysie światowym rozbrojeni ekonomicznie? Mało tego – jesteśmy niestabilni narodowo, chyba że będzie rewolucja, to się połączymy, ale na co dzień nie potrafimy współdziałać. Osłabienie sprawiedliwości nic nas nie cementuje, liryka nas cementuje.

Widzi Pan zagrożenie dla suwerenności Polski?

Dla suwerenności nie, ale dla osłabienia roli Polski widzę znaczne. My nie mamy autorytetu międzynarodowego, po prostu go nie mamy.

To musiała być jakaś ogromna siła, jak Pan powiedział mafia, żeby była w stanie wpłynąć na tak wysokie czynniki rządzące?

Dlatego kojarzę to ze służbami specjalnymi. Mnie uratował fakt, że wszyscy myśleli, że ja na gazie zarabiam pieniądze. A myśmy zarabiali pieniądze na towarach, na eksporcie. To jest ciężka praca, ale dla Polski była korzystna, fabryki nie bankrutowały w tym czasie. Przecież 80 proc. fabryk, przemysłu pracowało na Rosję. Czyli na technologię rosyjską, na jakość rosyjską. Te same fabryki bez wcześniejszego procesu dostosowawczego na zachód nie mogłyby wysyłać swoich produktów. A więc my daliśmy im czas na reanimację. Dzięki temu, że wysyłały do Rosji, przetrwały. Poza tym była przecież zmiana kursu, przeszliśmy na dolara. Importer za gaz musiał płacić siedem razy więcej w złotówkach. I myśmy w ten klincz weszli z inżynierią zamiany polskich długów na towary polskie. Czy można coś lepszego wymyślić? Ale za to dostaliśmy po głowie, bo zaczęliśmy zarabiać. Ja zapłaciłem miliard sześćset milionów podatków w okresie, kiedy podatek był najwyższy. Przecież z tego tytułu powinni nas przynajmniej zostawić w spokoju. A oni uważali, że myśmy zajęli czyjeś miejsce, bowiem te miejsca były rozdzielone. Wiele osób ze służb specjalnych przeszło do ministerstw i w ogóle do polityki. Ale oni byli odpowiednio wykształceni. To był ten – że tak powiem – najbardziej jakościowy narybek. I oni mieli sukcesy. My zresztą widzieliśmy, jak ci ludzie byli zrelaksowani, odprężeni. Wszystko im wychodziło, a to my na samym początku zapieprzaliśmy jak głupi, w piwnicach, żeby coś zarobić.

Ktoś dał politykom pieniądze, żeby wykluczyć Pana z tego interesu?

Myślę, że bez pieniędzy to się odbywa.

W działaniu ludzkim prawie zawsze są obecne jakieś motywy, jakie motywy muszą mieć więc politycy?

Może mają przyobiecany udział. Nie wiem. W każdym bądź razie odbyło się to kosztem Polski. I to jest obrzydliwe, że pasja zniszczenia jednego przedsiębiorstwa przysłoniła sprawę niszczenia interesu gospodarczego Polski. I to w sytuacji, kiedy powstała ustawa o obowiązku dywersyfikacji. To w tym czasie, kiedy była ta ustawa, kiedy myśmy proponowali prostszą drogę i wszyscy to chcieli robić (PGNiG przecież chciał to zrobić), to potem się zaczęło nam przeszkadzać. Pan myśli, że wygraliśmy sprawę w sądzie? Nie. Po dziesięciu latach przegraliśmy. Sąd uznał, że można było nie robić tego projektu – teraz, dwa tygodnie temu.

Czy wykluczenie Pana było faktycznym oddaniem kontroli nad gazem w ręce Rosjan?

To, o czym przed chwilą powiedziałem, dotyczy sprawy Bernau-Szczecin. A to, co się dzieje w Europol Gazie, to inna bajka. Mieliśmy sytuację przewagi polskiego kapitału, mamy sytuację równego kapitału. Mieliśmy zysk wynikający bezpośrednio z taryfy – jak wszystkie firmy – teraz jest zysk planowany na poziomie 21 mln. To oznacza, że państwo polskie samo się pozbawia dochodu z tytułu podatku dochodowego. Bo uznali, że taka olbrzymia inwestycja może dać tylko 21 mln zł zysku. A więc jakie dusze mieli wszyscy, którzy to podpisywali, akceptowali? Udawali, że nie wiedzą, o co chodzi? I jakie kryteria moralne decydowały o tym, żeby na takie coś pójść? Ja wiem, że strach, że Rosjanie wyłączą gaz. Ale nie po to weszliśmy do Unii Europejskiej, żeby się bać. Weszliśmy po to, aby być razem. Nie sądzę, że wykorzystano naszą przynależność do UE w sposób właściwy – czyli żeby przeciwstawić się szantażowi. Z drugiej strony – to jest taki paradoks – Rosjanie wiedzą, co robią. Walczą o swoje. Zamocowali w swojej pamięci, że ich to znaczy wyeliminowanie wszystkich, i tak grają. Bo to są tacy lidzie – pochodzą ze służb specjalnych, a tam się stosuje siłowe rozwiązania, a więc są u nich w modzie. Ja im się nawet nie dziwię – oni grają skutecznie, grają na każdym poziomie, mają specjalistów od dyplomacji, służb itd.

I bronią swoich interesów?

Tak. Nawet, jeżeli są to interesy niemoralne. Ale my mamy obowiązek bronić swoich interesów i znajdywać consensus. A tymczasem w każdym miejscu ustępujemy. To jak to jest?! I to w dodatku łamiąc polskie prawo. Przecież oni nas, ja nie wiem za punkt honoru – mnie tam nie lubią w Gazpromie, bo myśmy jednak dbali o stosunki polsko–rosyjskie – ale… Nie – tego wątku nie będę rozwijał.
W każdym – razie uważam, że nasi świadomie popełnili przestępstwo. Bo nie można ingerować w firmę. Ta sprawa Europol Gazu ma historię – taką dziwną…

Proszę ją opowiedzieć

Wszedł Gas Trading do Europol Gazu jako firma rosyjsko-polska. A była potrzebna trzecia – polska.

Żeby była przewaga polska…

Tak, ze względu na przepisy gospodarcze.

W Europol Gazie każda firma, czyli Gazprom i PGNiG-e, miały po 48 proc. udziałów plus Gas Trading 4?

Ze względu na przepisy dostępu do ziemi 48 i 48 plus 4. A przecież gazociąg został zbudowany na 3 000 gospodarstw rolnych. A więc ten przepis był potrzebny, żeby minister spraw wewnętrznych wydawał zgodę. Gdyby polski kapitał nie posiadał przewagi, to by w ogóle nie mógł rozważyć wniosków. Czyli z tego powodu włączono. Jakby włączyli czysto polskie, to by Rosjanie się nie zgodzili, jak czysto rosyjskie, to Polacy. My wymyśliliśmy polsko-rosyjskie przedsiębiorstwo, ale z przewagą polskiego kapitału.

Był Pan gwarantem polskich interesów?

Zwłaszcza przez mój charakter, znany zresztą Rosjanom. Potem nagle się okazało, że pan premier Steinhoff napisał notę do rządu Rosji, żeby oni wystąpili o 50 proc. udziałów. Ni stąd, nie zowąd. I taki dokument powstał już wtenczas. A w międzyczasie…

Czy ktoś mógł lobbować w tej sprawie?

Tak. W międzyczasie prokuratura w Gdańsku prowadziła śledztwo przeciwko ministrowi przemysłu i jego zastępcy za wpuszczenie trzeciego akcjonariusza. To śledztwo i akt oskarżenia wykpił dwukrotnie sąd. Bo to było oczywiście w zgodzie i z potrzebą polskiego prawa. Ale ktoś uruchamiał tego typu inicjatywy. Czyli stworzono jakąś publiczną sytuację, która miała przykryć prawdziwe świństwo. Natomiast ostatnio Rosjanie tego zażądali, a Polacy szybko wyrazili zgodę. Nawet nie pytali mnie o zdanie… To jest po prostu żenujące. No więc – albo to są… co nie powiem, albo oni w ogóle nie rozumieją tego, co robią. To nie są ludzie o sprawnym intelekcie. Nie można rozbrajać kraju. Nie można. Niech Pan zobaczy – ja rachunki za elektryczność dostaję od niemieckich firm… I weszliśmy ze sztandarami do Europy.

Zaprzedaje się Polskę?

Rozbrojono Polskę. Była taka teoria, że przedsiębiorstwa państwowe są źle zarządzane. Ale taki stan wytworzono sztucznie, bo zamrożono płacę dyrektorów i każdy prywatny przedsiębiorca uzyskiwał krocie, a dyrektor zarabiał niedużo. Czyli zakłócono naturalny dostęp dobrej kadry. Jakby te pieniądze z prywatyzacji przedsiębiorstw były gromadzone na funduszu rozwoju kraju – na przykład wydzielone i służyły do katalizacji postępu technicznego ze względu na nasze zapóźnienie technologiczne, które jest duże, bo jednak świat nas wyprzedził – to jeszcze rozumiem, ale gdy one szły na bieżące spłacanie długów, oznacza, że politycy nic nie potrafili wymyślić. Że są słabi, że mają chore mięśnie.
Pana zdaniem świadczy to o bardzo niskiej jakości polskiej klasy politycznej?

Moralnej i intelektualnej. Niestety.

Ale sądzi Pan, że politycy byli tacy głupi, że nie wiedzieli, iż zwiększając udziały Rosji w Europol Gazie, uderzają w polską rację stanu?

My tę mafię nazwaliśmy „mafią minus pięć” – czyli piąty poziom piekła.

Jak Pan ocenia premiera Donalda Tuska? Niektórzy mówią, że to prawdziwy mąż stanu?

Ooo. Wiele osób mówi w ten sposób. Ja myślę, że on jednak reprezentuje interes grupy, a nie interes narodu.

Co to za grupa?

Jego rówieśników, jego kolegów z Gdańska, czy tam skąd. To jest Kongres Liberalno-Demokratyczny, który ulica nazwała aferałami. To jest ta grupa. Zresztą on do niej sięga. To jest słaba grupa. Bo to jest grupa, która urosła w epoce partii szczurów, gonitwy szczurów. Nie wiem, czy oni mają coś do zaproponowania. Ich sytuację bardzo ułatwiło wejście do Europy. Bo teraz mówią – nie ma Polski, jest Europa. I to jak gdyby ideologicznie im pomaga. Ale myślę, że jednak jest Polska. I że nie możemy o tym zapominać. Musimy tę naszą Polskę umacniać, albowiem 45 lat niepodległości to jest mało, tym bardziej jeszcze po tak dramatycznych, strasznych okresach.

Czyje interesy ta grupa Donalda Tuska reprezentuje?

Swojej grupy, wygląda na to, że nie przejmuje się interesem ogółu. Nie można sprzedawać za darmo. Przecież jak mieliśmy te „brygady Mariotta” (konsultanci sprowadzeni do Polski z zagranicy za olbrzymie pieniądze; nazwa wzięła się od faktu, że przeważnie umieszczano ich w ekskluzywnych pomieszczeniach Hotelu Mariott – przyp. red.), które uczyły naszych specjalistów wyceny majątku. To czego uczyły? Pomagały Polakom czy sobie? I potem w ten sposób powstali polscy specjaliści, wyceniający majątek przeznaczony na sprzedaż. Przecież w tej sytuacji nie można naszym zarzucać złej woli. Po prostu tak ich nauczono.

Jaki Pan przewiduje scenariusz dla Polski?

Jeżeli się natychmiast nie obudzimy, to zły. Będziemy drugorzędnym, rozkapryszonym krajem, nielubianym w Europie. Będziemy państwem drugiego biegu, drugiej prędkości. A jeżeli potrafimy wpłynąć na wodzów partyjnych, aby sięgnęli po zawodowców – i nie z kręgów partyjnych tylko zewnętrznych i gdy oni będą chcieli to zrobić – to może będziemy mieć pewną radochę. Myślę, że nie można stworzyć rządu z przedstawicieli PiS-u i PO, nie mówiąc już o SLD. Ale sądzę, że można poszukać na zewnątrz, poza obecnym układem partyjnym – takich, którzy nie podlegają partyjnej aksjologii, partyjnemu prawu wartości.

Jarosław Kaczyński mówił, że istniej coś takiego jak układ… Uważa Pan, że istnieje?

Tak. Ale uważam, że układ istnieje również w PiS-e. Układ istnieje wszędzie.

A loża? Nie mówię o loży masońskiej

W każdym układzie jest loża. To są przywódcy, elita.

Kto zdominuje Europę?

Niemcy, Francja.

A Rosja?

Nie. Rosja ma swoje problemy.

Powinniśmy się bać zagrożenia niemieckiego?

Ekonomicznego – bardzo.

http://www.gazetafinansowa.pl/

Wrak czy wraki

Rozsypane w czasie katastrofy na smoleńskim lotnisku Siewiernyj elementy samolotu Tu-154M wykluczają tezę o lądowaniu „na plecach”. W takim wypadku zniszczony zostałby statecznik, który jako pierwszy uderzyłby o ziemię. Tymczasem jest to jeden z lepiej zachowanych elementów. Samolot nie lądował też w normalnej pozycji, bo w takim przypadku mocno zniszczyłoby się dobrze zachowane podwozie. Wątpliwości jest więcej.
To m.in. mało realne – z uwagi na dynamikę upadku – rozłożenie w terenie części skrzydeł, ich poziom zniszczeń
czy położenie czarnej skrzynki. Miejsce katastrofy rysuje się jako obraz zaplanowanej „pod linijkę” układanki.

Do analizy rozmieszczenia kluczowych elementów samolotu rządowego Tu-154M, który 10 kwietnia rozbił się przed lotniskiem Siewiernyj, Krzysztof Cierpisz, inżynier budowy samolotów, absolwent Politechniki Warszawskiej mieszkający na stałe w Szwecji, wykorzystał dokumentację fotograficzną, jaka została sporządzona i opublikowana po tragedii. Jak zauważył autor opracowania, pierwsze zdjęcia satelitarne wraku wykonano dwa dni po katastrofie,
a zatem było dużo czasu na ewentualną manipulację obrazem miejsca zdarzenia. W tym czasie eksponowane były zdjęcia statecznika z widoczną szachownicą, co stanowiło dowód identyfikacyjny samolotu. Autor postanowił sprawdzić wiarygodność tezy, że samolot na chwilę przed uderzeniem w ziemię dokonał obrotu „na plecy” i tak się rozbił. Tu nasunęła się pierwsza wątpliwość, bo gdyby tak było, to pierwszym elementem, który dotknąłby ziemi, byłby właśnie statecznik, a także ogon oraz część tylna kadłuba. Tymczasem statecznik się zachował, a ogon nie wykazuje uszkodzeń, jakie wystąpiłyby w przypadku silnego uderzenia o ziemię. Co więcej, jego odkształcenia są widoczne, ale od dołu, a to dodatkowo świadczy o tym, że samolot nie uderzył w ziemię w locie „na plecach”.

Krawędzie spływu
Wątpliwości budzi też sposób rozmieszczenia skrzydeł, które nie zostały rozrzucone losowo, ale zgodnie spoczywały „do góry nogami”. W ocenie inż. Cierpisza, elementy skrzydeł zostały ułożone „ludzką ręką”, według wcześniej założonego planu (wg orientacji geograficznej: krawędzie natarcia na wschód), co ciężko uzasadnić rozrzutem losowym. Do tego krawędzie natarcia skrzydła lewego i prawego są bardzo mocno sponiewierane, podczas gdy krawędzie spływu są niemal nienaruszone. – Świadczy to o tym, że uszkodzenia te nie są wynikiem uderzenia o ziemię lub drzewa, bo musiałyby pojawić się też na krawędziach spływu, bo zanim części te ułożyły się w taki nieprawdopodobny pasjans, musiałyby długo ślizgać się po podłożu. Czyli krawędzie spływu musiałyby być także uszkodzone (od tego suwania się po ziemi), a są słabsze wytrzymałościowo niż krawędzie natarcia – zauważył. Tymczasem te elementy wyglądają jak ułożone na ziemi – co ciekawe, w odległości zbyt dużej od centrum. Zastanawia też sposób zniszczenia końcówki skrzydła prawego, które zostało tak mocno rzucone o drzewo,
że skrzydło to zostało ucięte. Przy czym najwyraźniej działała tu siła znacznie większa niż przy ucięciu skrzydła
lewego – które miało przecież zahaczyć o drzewo, złamać się i przyczynić do katastrofy.

Gdzie jest kabina
Niewiarygodne wydają się też zniszczenia innych części wraku. Nie ma kabiny pilotów, elementy kadłuba spoczywają na niewielkich drzewach lub krzakach, a sprawiają wrażenie wyrwanych z całości wielką siłą. Do tego niektóre części kadłuba przedniego i środkowego są praktycznie niemożliwe do zlokalizowania. – Zdjęcia z miejsca katastrofy ukazują głównie wielkie kłębowiska porwanych blach, kabli, izolacji etc. Wnętrze kabiny wygląda jakby zostało wydmuchane na zewnątrz – zauważył.
Kolejne pytania rodzą ślady błota, które znajdują się tylko po jednej (górnej) stronie skrzydeł lub ogona.
To dodatkowo przemawia za podrzuceniem tych elementów. – Gdyby bowiem skrzydła lub kadłub rozpadały się
od uderzeń z ziemią (błotem), to musiałyby być obłocone „na okrągło”. A takie nie są – dodał.
Samolot nie mógł też lądować na kołach, odbić się i wylądować na grzbiecie, bo podwozie zachowało się w stanie nienaruszonym, a w takim wypadku powinno ulec zniszczeniu przy kontakcie z grząskim podłożem. Zatem tupolew nie lądował ani na plecach, ani w normalnej pozycji, a błoto zalegające na oponach i goleni pochodzi od zabryzgania eksplozją. Także brak kabiny nie jest przypadkowy. Polski Tu-154M był egzemplarzem doposażonym, a zatem
brak urządzeń mógłby zdradzać nieautentyczność wraku. Autor zwraca też uwagę na sposób oddzielenia kadłuba
od ogona, wskazujący wręcz na użycie narzędzi tnących, za pomocą których osłabiono konstrukcję.
To rodzi podejrzenia, czy aby wrak smoleński nie składa się z części pobranych od dwóch samolotów.
- Całość wraku pochodziłaby od samolotu bliźniaka (dlatego nie ma kabiny), ogon zaś od Tu-154M 101.
I tak, samolot bliźniak byłby sfabrykowany na wrak i podrzucony na miejsce „wypadku” dużo wcześniej niż ewentualne przybycie samolotu 101 do Smoleńska. Do tak ułożonego wraku podrzucono później jedynie część ogonową samolotu 101. Tylko ogon Tu-154M byłby oryginalny! Byłby to sprytny zabieg mający na celu „oszukanie” czasu niezbędnego na tę operację fragmentacji i podrzucenia samolotu 101 jako całości, która inaczej wymaga 2-3 godzin pracy – ocenił. Zdaniem autora analizy, podejrzenie takie może mieć swe potwierdzenie również
w charakterze uszkodzeń statecznika pionowego, które nie wyglądają na wynikłe z uderzenia w ziemię.
Podobnie też z plamami błota – są kuliste o zamkniętych obwodach – co świadczy o tym, że statecznik leżał
w bezruchu i wtedy spadły nań krople błota, które zostały wyrzucone w powietrze. Także prawy silnik wykazuje,
że jego wirnik nie obracał się z chwilą uderzenia o ziemię, a jego osłona wygląda, jakby została zdjęta siłą podmuchu. – Gdyby statecznik nie był podłożony przez robotników (tylko leciał), to spadając z samolotem
lub osobno, musiałby powalać się błotem „na okrągło”, a więc byłby całkowicie zabłocony, a ślady błota
miałyby formę strug podłużnych – zauważył.
Nieprawdopodobne wydaje się też umiejscowienie czarnej skrzynki, która spoczywała na wysokości statecznika poziomego prawego. Mając dużą energię kinetyczną, toczyłaby się dalej i powinna znajdować się albo w okolicy ogona, albo polecieć jeszcze dalej w kierunku lotu samolotu. Czarna skrzynka jest odrzucona w kierunku przeciwnym do kierunku lotu samolotu, i to na tak daleki dystans.

Słabe punkty analizy
W ocenie eksperta od badania wypadków lotniczych zastrzegającego anonimowość, samo rozłożenie elementów samolotu jeszcze nie stanowi dowodu mataczenia. Nie można też porównywać różnych katastrof, bo znane są przypadki, że dwa identyczne samoloty uległy niemal takiemu samemu wypadkowi, a okazało się, że w praktyce nie są to takie same przypadki – dodał. Jak zauważył, po wykreśleniu niektórych kwestii, typowo dziennikarskich, spostrzeżenia inżyniera Cierpisza mogą okazać się trafne. Wielu jednak spraw, w tym rozstrzygania kwestii poprawności bądź nie rozłożenia elementów wraku i rodzaju zniszczeń poszczególnych elementów samolotu, nie da się ocenić wyłącznie na podstawie analizy dokumentacji fotograficznej. Jak zaznaczył nasz rozmówca, na pewno można mieć zastrzeżenia co do sposobu prowadzenia rosyjskiego postępowania. – Zbyt szybko posprzątano miejsce wypadku i zatarte zostały ślady. I od tego należało zacząć i zapytać, dlaczego Rosjanie tak szybko to uczynili – zauważył. Ponadto dopuszczono m.in. MAK do prowadzenia dochodzenia, co nie miało żadnego prawnego uzasadnienia, na co strona polska nie zareagowała i nie przejęła śledztwa. A błędów popełniono więcej.
.
Marcin Austyn • NASZ DZIENNIK

Nadesłane: Natalia 07

Odi profanum vulgus et arceo

Wywiad Blogpress.pl z Jarosławem Kaczyńskim

Wdowa po generale: TVN przoduje w oczernianiu

“Ogromnie ranią mnie i moją rodzinę media żądne krwi, które szargają dobre imię mojego męża, gdy ten nie może się bronić. W rzucaniu kalumnii na niego i oskarżaniu go przoduje TVN 24″ – powiedziała w rozmowie z “Naszym Dziennikiem” Ewa Błasik, żona śp. gen. Andrzeja Błasika.

“Ci ludzie już osądzili mojego męża. Zapraszają do programu tzw. ekspertów, którzy nie sprawdzili się w lotnictwie, a teraz mają swoje pięć minut i wyżywają się na moim mężu. Prym wiedzie tutaj pan Tomasz Hypki, który nigdy nie służył w Siłach Powietrznych, a mąż nie zgadzał się z nim w sprawach lotnictwa i nie brał go w ogóle pod uwagę jako eksperta w tych kwestiach” – powiedziała “Naszemu Dziennikowi” wdowa po gen. Błasiku.

Jej zdaniem, wszelkie hipotezy dotyczące nacisków na pilotów Tu-154 to bezpodstawne insynuacje. “On miał zupełnie inną osobowość. Bardzo kochał pilotów, traktował ich prawie jak własne dzieci i zawsze bronił ich decyzji. Mąż jako pilot wielokrotnie wychodził z ekstremalnie trudnych sytuacji, był do końca perfekcyjnie opanowany. To był człowiek z wyobraźnią, na pewno nie znajdował się pod czyjąkolwiek presją, podejrzewam, że nie wiedział, dlaczego ginie. Jestem pewna – mówię tutaj w imieniu mojego męża, który już nie może się bronić – że wolałby raczej sam zginąć, niż narazić czyjeś życie” – twierdzi Ewa Błasik. I dodaje, że gdy pojawiły się insynuacje, że w pewnym momencie gen. Błasik siadł za sterami tupolewa (którym latał rzadko), przestała oglądać telewizję. “W ogóle mam wrażenie, że w Polsce trwa jakiś niekończący się czarny horror, w którym często pojawia się moje nazwisko” – uważa rozmówczyni “Naszego Dziennika”.

Ewa Błasik przywołała m.in. sytuację z Tbilisi, gdy jej mąż stanął w obronie pilotów Tu-154. Dodała również, że Lech Kaczyński ostatecznie przychylił się do słów gen. Błasika. “Doskonale pamiętam, co mąż mówił do pilota, który odmówił wykonania tego lotu. Akurat tego dnia w Białej Podlaskiej w obecności m.in. kilku generałów z dowództwa Sił Powietrznych odbywał się pogrzeb mojej mamy. Stojąc obok męża, słyszałam jego słowa skierowane do któregoś z pilotów, że nikt nie ma prawa niczego nakazywać dowódcy załogi, bo on o wszystkim decyduje i ma prawo odmówić wykonania lotu, jeżeli w jakikolwiek sposób zagraża to bezpieczeństwu. W tej sprawie przy najbliższej okazji rozmawiał ze śp. panem prezydentem Lechem Kaczyńskim, broniąc stanowiska pilotów. Pan prezydent, który bardzo szanował męża i liczył się z jego zdaniem, przyjął jego wyjaśnienia ze zrozumieniem” – mówi.

Z wywiadu dowiadujemy się także, że Ewa Błasik wstąpiła do Stowarzyszenia Katyń 2010 (działa w nim m.in. Andrzej Melak, brat śp. Stefana Melaka, i wdowa po śp. wiceministrze kultury Tomaszu Mercie). “Przede wszystkim chciałam poznać te rodziny, które tak jak mnie dotknęła ta straszna katastrofa. Myślę, że w przeżywaniu żałoby łatwiej znaleźć zrozumienie i oparcie w grupie. [...] Do Stowarzyszenia Katyń 2010 dołączyłam również dlatego, że jest ono za Polską i prawdą, którą ja również chcę poznać” – tłumaczy wdowa po gen. Błasiku.

Nasz dziennik

Wojna o prawdę o Smoleńsku

Jarosław Kaczyński jest ponownie celem niewybrednych ataków wszelkiej maści Palikotów, Niesiołowskich, Kutzów i zastępów dziennikarskiej swołoczy chodzącej na pasku Platformy, tylko z nazwy zwanej obywatelską. Jak niewiele potrzeba, by wzburzyć chore umysły i spowodować lawinę oszczerstw. Wystarczy prosta, jakże niewygodna prawda.

Po długim milczeniu Jarosław Kaczyński zdecydował się odkryć prawdę o pierwszych godzinach po tragicznej katastrofie w Smoleńsku, o jego podróży na miejsce, w którym życie zakończył jego Śp. Brat i Bratowa oraz tak wielu wspaniałych Ludzi. Opowiedział o wyścigu z lotniska w Witebsku, o grze pozorów i nieprzystojnym zachowaniu premiera Tuska. O coraz wyraźniejszej i gołym okiem widocznej chęci wymazania narodowej tragedii z umysłów i serc Polaków.

Jarosław Kaczyński eksplodował. Jak długo można bowiem tłumić i skrywać uczucia człowieczego nieszczęścia, widząc bierność Tuska i jego rządu w sprawie ustalania przyczyn tragedii smoleńskiej? Bierność będącą akceptacją nieudolnych działań rosyjskiej komisji badania wypadków lotniczych (zwanej z trudnych do zrozumienia powodów komisją międzynarodową). Jak dalece serwilizm wobec obcego państwa i jego przywódców może dominować nad zwykłą przyzwoitością i lojalnością wobec własnego narodu?

Odpowiedzią na słowa Jarosława Kaczyńskiego są nie wiadomo skąd wyciągnięte, jak na zamówienie, rzekome słowa kapitana samolotu (których nie ma w zapisie opublikowanych stenogramów). Mają dobitnie świadczyć o presji wywieranej na pilotów przez prezydenta RP, jako głównej przyczynie katastrofy. Prawdziwie haniebne metody działania wrogów Narodu. Świństwo największego kalibru.

Nadzieję budzi powstanie zespołu parlamentarnego pod kierownictwem Antoniego Macierewicza, organu niezależnego od marszałków Sejmu i Senatu. Zespół ma się zająć dążeniem do wyjaśnienia przyczyn i kulisów katastrofy, zbieraniem dokumentów, kontaktami z instytucjami zajmującymi się sprawą oraz jak powiedział poseł Macierewicz, “publicznym wysłuchiwaniem osób, które posiadają wiedzę na ten temat”.

Zespół parlamentarny to twór legalny, któremu trudno będzie zamknąć usta. A zamykać ust nie wolno nikomu, dla którego prawda o Smoleńsku jest ważna.

http://niepoprawni.pl

Prawdę o Smoleńsku musi usłyszeć Polska i cały świat

“Leszek zadzwonił o 8.20. Myślałem, że już wylądował i dzwoni ze Smoleńska. Bardzo rzadko dzwonił z telefonu satelitarnego z samolotu. Powiedział mi, że z Mamą wszystko w porządku, i poradził, bym się przespał”. Z Jarosławem Kaczyńskim rozmawiają Katarzyna Gójska-Hejke i Tomasz Sakiewicz (“Gazeta Polska”).

Czy czuł Pan niepokój przed podróżą Brata do Katynia?
Dla mnie sprawa zaczęła się wówczas, gdy zakwestionowano prawo wyjazdu prezydenta z rodzinami katyńskimi na coroczne uroczystości upamiętniające zamordowanych polskich oficerów. Podkreślam słowo coroczne, bo to właśnie 10 kwietnia każdego roku, a nie jak premier 7 kwietnia, organizowano wyjazd na cmentarz katyński. Tymczasem po telefonie Władimira Putina do Donalda Tuska członkowie jego gabinetu zaczęli ogłaszać wprost, że do Katynia nikt prezydenta nie zaprasza i jego wyjazd na obchody 70. rocznicy tej zbrodni nie jest koniecznością i powinnością, ale czymś w rodzaju niezrozumiałej zachcianki. Ku mojemu zdumieniu rozpoczęło się podważanie prawa Lecha Kaczyńskiego do udziału w tej uroczystości. Muszę przyznać, że choć atak był kuriozalny, nawet jak na obyczaje gabinetu Tuska i jego medialnych sojuszników, to jednak nie wzbudził we mnie jakiegoś szczególnego zdziwienia, a wiedziałem już, że są zdolni posunąć się bardzo daleko. Niepokoiło, że tym razem wprost grają z Rosjanami.

Prezydent wahał się, czy pojechać do Katynia?
Absolutnie nie. Przez pewien czas nie było jednak pewne, jak się tam uda i jak ten wyjazd zostanie zorganizowany. Później – nie pamiętam dokładnie kiedy – pojawiła się koncepcja dwóch wyjazdów. Premier oddzielnie i prezydent oddzielnie. Lech Kaczyński miał jechać razem z coroczną delegacją środowisk katyńskich, a Donald Tusk specjalnie do Putina. Chcę mocno podkreślić, że organizatorem tego corocznego wyjazdu środowisk katyńskich był rząd. Prezydent poleciał do Katynia rządowym samolotem. Nie prezydenckim – bo takiego nie było i nie ma. To rząd Donalda Tuska dużo wcześniej odmówił głowie państwa prawa do korzystania z tupolewa. Dopiero po katastrofie ministrowie i sam premier zaczęli nazywać ten samolot prezydenckim. To dość znamienne. Tym bardziej że prezydentowi usiłowano odmówić samolotu niejeden raz. Tak było przed słynnym wyjazdem do Tbilisi, gdy Gruzję zaatakowały wojska rosyjskie. Premier Tusk chciał odmówić Lechowi Kaczyńskiemu prawa do polecenia rządowym samolotem. Uległ po telefonie prezydenta Busha do prezydenta RP. Prezydent USA z całą mocą poparł wtedy plan Lecha Kaczyńskiego. Donald Tusk przestraszył się międzynarodowej kompromitacji i wycofał swoje zastrzeżenia.

Pan też miał polecieć do Smoleńska 10 kwietnia?
Tak. Nie poleciałem z powodu stanu zdrowia Mamy. Było dla nas oczywiste, że przynajmniej jeden z nas musi przy niej być. Wcześniej nawet nocami razem czuwaliśmy w szpitalu. Z natury rzeczy to ja, a nie mój brat, musiałem zrezygnować z lotu do Smoleńska.

Nie miał Pan jakichś przeczuć przed tą podróżą Brata? Nie bał się Pan tym razem o Niego?
Wolałem, żeby Leszek jechał pociągiem – taki specjalny pociąg wyjechał z Warszawy do Smoleńska. To pamiętam bardzo dobrze. I nawet do pewnego momentu Brat też chciał tak zrobić. Ostatecznie zdecydował się na lot samolotem, bo wcześniej musiał polecieć do Wilna na spotkanie z panią prezydent Litwy. Ale to oznaczało, że nie będzie mógł pojechać pociągiem z rodzinami katyńskimi. Przyznam, iż zmartwiłem się tym. Jednak nie przeczuwałem zbliżającej się katastrofy. Muszę też powiedzieć, że od jakiegoś czasu namawiałem prezydenta, by zrezygnował z latania tupolewami. Mówiłem to także jego współpracownikom. Wszyscy rozkładali ręce i mówili: „to czym latać?”. Mówiąc wprost, to były takie graty, że nikt się nimi nie powinien poruszać.

Kiedy po raz ostatni widział Pan Brata?
W szpitalu u Mamy. To było późnym wieczorem w piątek. Rozmawiał ze mną, z Mamą i z prezydenckim lekarzem, który następnego dnia także zginął. Ja również rozmawiałem z panem docentem Lubińskim. Pamiętam, że pytałem go nawet, jakim samolotem polecą do Smoleńska. Przez pewien czas byłem przekonany, że będzie to JAK, a nie tupolew. Nawet myślałem, że to może lepiej. Później jednak przypomniałem sobie wszystkie awarie JAK-ów. 10 kwietnia o 6 rano Leszek obudził mnie telefonem. Później zadzwonił o 8.20. Myślałem, że już wylądował i dzwoni ze Smoleńska. Bardzo rzadko dzwonił z telefonu satelitarnego z samolotu. Powiedział mi, że z Mamą wszystko w porządku, i poradził, bym się przespał. Pamiętam doskonale, że użył określenia: „bo się rozpadniesz”.

Tylko o tym Pan rozmawiał wtedy z Panem Prezydentem?
Dokładnie. Tak wyglądała ta bardzo krótka rozmowa. Dosłownie kilka zdań. Zresztą pamiętam, że zerwało połączenie.

Nie zdziwiło to Pana?
Nie. Bo za każdym razem gdy rozmawiałem z Bratem przez telefon satelitarny podczas lotu – a powtarzam, było zaledwie kilka takich przypadków – połączenie się zrywało. Te rozmowy były bardzo krótkie. Dosłownie kilku zdaniowe.

Jak się Pan dowiedział o katastrofie?
Przyznam, że nie posłuchałem rady Leszka. Nie położyłem się spać, tylko ubierałem się i szykowałem do odwiedzenia Mamy. Akurat goliłem się, gdy zadzwonił telefon. Byłem pewien, że to brat telefonuje już ze Smoleńska. Usłyszałem jednak jakiś nieznajomy glos. Chyba był to któryś ze współpracowników ministra Sikorskiego. Później słuchawkę przejął sam minister. Poznałem go. Nie miałem cienia wątpliwości, że stało się coś złego. Dowiedziałem się, że doszło do katastrofy. Rozbił się samolot. Wszyscy zginęli. Powiedziałem mu: „To jest wynik waszej zbrodniczej polityki – nie kupiliście nowych samolotów”. Na tym rozmowa się skończyła.

Czy minister Sikorski odpowiedział na te słowa?
Nie. Chyba zresztą sam odłożyłem słuchawkę. Po kwadransie był następny telefon. Miałem cień nadziei, że może jednak ktoś przeżył. Znów dzwonił Sikorski i kategorycznie stwierdził, że katastrofa była wynikiem błędu pilota. Pamiętam jego słowa: „to był błąd pilota”.

Nie miał wątpliwości co do tego? Już wtedy wiedział, że zawinił pilot?
Tak. Oznajmił mi to zdecydowanie i jednoznacznie. Teraz myślę, że zarówno Sikorski, jak i sam Tusk bali się, że publicznie powtórzę to, co powiedziałem Sikorskiemu podczas pierwszej rozmowy telefonicznej. Jednak moje myśli skierowane były wtedy całkowicie na Mamę. W jej stanie nie przeżyłaby tej strasznej informacji. Popędziłem do szpitala i poprosiłem o stworzenie Mamie takich warunków, by uchronić ją przed wiadomością o śmierci Leszka. Nie było to proste – leżała na 8-osobowej sali. W szpitalu lekarze podali mi środki uspokajające. Bardzo mi pomogły. Gdy zabezpieczyłem Mamę, miałem już tylko jeden cel – jak najszybciej pojechać do Smoleńska.

Kto zorganizował tę podróż?
Przyjaciele. Szczególnie muszę wyróżnić Staszka Kostrzewskiego. Był ze mną też mój cioteczny brat. Bardzo pomógł Paweł Kowal. Początkowo wydawało się, że to nierealne, ale dzięki ich determinacji udało się. Wynajęli samolot. Lotnisko w Smoleńsku zostało zamknięte, polecieliśmy zatem do Witebska na Białorusi. Wcześniej namawiano mnie, bym poleciał z Donaldem Tuskiem.

Kto namawiał?
Nie pamiętam. Dzwonił ktoś od premiera. Miałem wrażenie, że Donald Tusk zdecydował się polecieć do Smoleńska wtedy, gdy dowiedział się, że ja tam lecę. Być może się mylę, ale tak to zapamiętałem. Nie chciałem jednak lecieć z premierem. Poleciałem z przyjaciółmi. Wylądowaliśmy zresztą w Witebsku przed Tuskiem. Strona białoruska zachowała się bardzo poprawnie. Na lotnisku czekał autokar i samochód osobowy. Wsiedliśmy i ruszyliśmy w drogę do Smoleńska. Po drodze zorientowaliśmy się, że tempo jazdy jest spowalniane. Dziś wiem, że nasze postoje i powolne tempo jazdy były wymuszone przez ścigającą nas delegację z premierem Tuskiem, który koniecznie chciał dotrzeć do Smoleńska przed nami. W pewnym momencie limuzyna z Donaldem Tuskiem minęła nas i dopiero wtedy pozwolono nam normalnie jechać. To była zresztą jakaś kompletna paranoja. Bo jeśli premier polskiego rządu ścigał się ze mną, kto pierwszy dojedzie do miejsca katastrofy, to widocznie szczególnie zależało mu, by się tam pokazać. Państwo wybaczą, ale nie jestem w stanie nawet zrozumieć takiej mentalności. Ja jechałem do ciał moich najbliższych – do Leszka, Marylki, Przyjaciół. To, co wyrabiał wówczas pan Tusk, po prostu nie mieści mi się w głowie.

Ma Pan pewność, że was zatrzymywano celowo?
Nie mam co do tego wątpliwości. Rozmawialiśmy z kierowcą. Mówił nam „nie lzja”. Ale jak limuzyna z premierem Tuskiem bez zatrzymania nas minęła, rozkaz przestał obowiązywać. Dopiero w Smoleńsku znowu nas spowalniano. W pewnym miejscu zaczęliśmy dosłownie kręcić się w kółko, zanim dotarliśmy do lotniska, które znajduje się przecież niedaleko centrum Smoleńska.

W kampanii prezydenckiej unikał Pan wypowiedzi o katastrofie smoleńskiej. Czy teraz też tak będzie?
Nie chciałem, by śmierć moich najbliższych stała się głównym tematem kampanii wyborczej. Jednak jest sprawą zupełnie oczywistą, że państwo polskie nie może przejść do porządku nad tą niespotykaną wprost tragedią. Uczynię wszystko, by wyjaśnić przyczyny katastrofy samolotu rządowego. To jest dziś dla mnie najważniejsze i osobiście, i politycznie. Będę zabiegał o wyciągnięcie konsekwencji nie tylko prawnych wobec tych, którzy mogli przyczynić się do tego zdarzenia, ale także politycznych i moralnych. Ustalenie osób odpowiedzialnych politycznie za katastrofę smoleńską nie wymaga śledztwa. Ale to trzeba powiedzieć w odpowiednim momencie tak, by usłyszała o tym cała Polska i cały świat.

Całość wywiadu z Jarosławem Kaczyńskim w środowym wydaniu tygodnika “Gazeta Polska”

http://www.niezalezna.pl/

Spróbujcie zachować równowagę….

Z czystego wyrachowania…….

Pomyślcie……
Platforma szykuje się do przejęcia wszystkiego.
Na razie ma większość w parlamencie.
Może mieć za chwilę swojego prezydenta.
Za chwilę może mieć w łapach propagandę(Krajowa rada od radiofonii i telewizji)
Są po drodze wybory samorządowe.
W roku przyszłym PO może wygrać wybory parlamentarne z wynikiem pozwalającym na samodzielne rządzenie.
A może nawet wystarczającym do zmiany konstytucji.
Jeśli czegoś z tym nie zrobicie, może być z nami źle..
Podsumujcie to sobie.
To wielce niebezpieczna perspektywa – skupienie większości władzy w jednym ręku.
Rodzi pokusę utrwalenia takiego status quo na czas dłuższy, lub na zawsze.
Już to raz przerabialiśmy.
Za komuny.
Jakie były tego konsekwencje, większość z nas pamięta.
To się może powtórzyć.
Znów dobiorą się do naszych tyłków.
A będą mogli to zrobić, w dowolnym zakresie.
Jeżeli chapną wszystko.
Nie można ufać “politykom” tylko dlatego, że ładnie mówią i pięknie się uśmiechają
Pora włączyć mózgi, uruchomić instynkt samozachowawczy.
Bo stajemy przed całkiem realną szansą powrotu totalitaryzmu.
Istnieje taka, wcale nie teoretyczna perspektywa.
Zastanówcie się więc, co można zrobić, by powyższe ryzyko zminimalizować.
Rozwiązanie jest dość proste, choć dla wielu niemiłe.
Należy otóż za tydzień pójść do urn i zagłosować na Kaczora Jarka.
Choćbyście go nie wiem jak nie lubili.
Wybrać go na prezydenta.
Niech wchodzi z Platformą w klincz.
Niech mąci, vetuje, przeszkadza.
Takie nasze, społeczeństwa, ubezpieczenie.
Będzie on takim swoistym hamulcem bezpieczeństwa, chroniącym nasze tyłki.
Nie można bowiem pozwolić na to, by taka ilość władzy niebezpiecznie skupiała się w jednym obozie politycznym.
Nie wierzę w dobre intencje polityków in gremio.
Obserwuję natomiast ich pazerność na władzę.
Ich hucpę, bezczelność, chciwość, obłudę, etc….
Głowę dam, że myśl o przejęciu “wszystkiego” zaświtała już w platformerskich główkach……
Wszystko na to wskazuje.

Zastanówcie się nad tym nad urną w przyszłą niedzielę, o wyborcy……
Pomyślcie o ochronie własnych czterech liter i liter swoich dzieci……
Odrzućcie propagandę, porachujcie sobie na zimno, co będzie dla nas najlepsze……

gugu77

Wybory?: około 121 mln zł

Tegoroczne wybory prezydenckie będą kosztowały 121 mln zł, tyle bowiem wyniosą wydatki Państwowej Komisji Wyborczej związane z organizacją i przeprowadzeniem wyborów. Zgodnie z ordynacją wyborczą, koszty te pokrywane są z budżetu państwa.
- Preliminarz wydatków poniesionych przez PKW na zorganizowanie i przeprowadzenie wyborów prezydenckich przewiduje wydatki na poziomie 121 mln zł. Większość z tych pieniędzy tj. 105,3 mln zł zostanie przekazana samorządom terytorialnym na organizację wyborów, a 14,7 mln zł – to są wydatki Krajowego Biura Wyborczego – powiedział dyrektor zespołu kontroli finansowania partii politycznych Krajowego Biura Wyborczego Krzysztof Lorentz.

Podkreślił, że przygotowany preliminarz uwzględnia przeprowadzenie dwóch tur wyborów prezydenckich: 20 czerwca i 4 lipca.

Jak tłumaczył Lorentz, najwięcej pieniędzy zostanie przekazane gminom, gdyż to one wykonują większość zadań zleconych związanych z organizacją i obsługą wyborów w obwodowych komisjach wyborczych.
- Najwięcej, bo 61 mln zł gminy wydadzą na diety dla członków obwodowych komisji wyborczych. Wydatki kancelaryjne związane z wyposażeniem lokali wyborczych wyniosą 15 mln zł – podkreślił Lorentz.

Gminy na funkcjonowanie obwodowych komisji wyborczych m.in. na oznaczenie lokali do głosowania, transport i łączność wydadzą 10,5 mln zł; 7 mln zł – na obsługę informatyczną komisji obwodowych, a na sporządzenie spisów wyborców – 5 mln zł.

Z kolei Krajowe Biuro Wyborcze najwięcej pieniędzy wyda na wydrukowanie i transport kart do głosowania. Na ten cel przeznaczono przeszło 3 mln zł. Funkcjonowanie okręgowych komisji wyborczych będzie kosztowało ok. 5 mln zł, z czego na obsługę informatyczną komisji przeznaczono 990 tys. zł, a na działanie pełnomocników przy okręgowych komisjach wyborczych – 2,3 mln zł.

Prawie 2 mln zł Krajowe Biuro Wyborcze przeznaczy na transport protokołów do głosowanie; obsługa informatyczna wyborów na poziomie krajowym przy PKW będzie kosztowała ponad 1 mln zł.

Lorentz w rozmowie z PAP zaznaczył, że pieniądze z budżetu państwa, którymi dysponuje PKW są przeznaczone wyłącznie na organizację wyborów prezydenckich.
- Pieniądze, którymi dysponuje PKW nie są w żadnej części przekazywane komitetom wyborczym na finansowanie kampanii wyborczych – podkreślił.

W tym roku komitety wyborcze kandydatów na prezydenta będą mogły wydać na cele wyborcze maksymalnie 15 552 123 zł. Z tego 80 proc., czyli 12 441 698,4 zł, będą mogły przeznaczyć na reklamę, w tym m.in. spoty telewizyjne, plakaty i billboardy.

Wpłaty na rzecz komitetu wyborczego mogą być dokonywane jedynie czekiem rozrachunkowym, przelewem lub kartą płatniczą; mogą ich dokonywać tylko obywatele polscy, mający miejsce stałego zamieszkania na terenie Polski, mogą też pochodzić z funduszy wyborczych partii politycznych. Niedozwolone są wpłaty gotówkowe w kasie banku, a także w formie przekazów pocztowych.

Łączna suma wpłat od osoby fizycznej na rzecz jednego komitetu wyborczego nie może przekraczać 15-krotności minimalnego wynagrodzenia za pracę – w wyborach prezydenckich limit ten wynosi 19 755 zł.

Komitet wyborczy może pozyskiwać środki finansowe od partii politycznych tylko z przelewów dokonywanych z rachunku bankowego Funduszu Wyborczego na rachunek komitetu wyborczego. Ponadto – na cele wyborcze – komitet może zaciągać kredyty bankowe.

finanse.wp.pl

Smoleńsk i dziwna koincydencja dziwnych wypowiedzi

Wszyscy chyba już widzieli filmik, na którym Komorowski 29 kwietnia 2009, a więc na długo przed smoleńską “katastrofą”, mówi: “Przyjdą wybory prezydenckie, albo prezydent będzie gdzieś leciał, i to się wszystko zmieni”.

Tutaj ten filmik na YouTube: http://www.youtube.com/watch?v=86GcCrR4R_s. (Dopóki go nie zdejmą w trosce o przyjaźni Polsko-radziecką.)

To naprawdę już wtedy dawało do myślenia, bo Komorowski to dokładnie taki facet, że mógłby coś takiego wiedzieć i mógłby coś takiego chlapnąć. I te powiązania (o czym wiemy od dawna) i ten “rubaszno-wesolutki” charakterek (o czym przekonaliśmy się dobitnie w ostatnich tygodniach).

Mniejsza już tu w tej chwili wszelkie te “wyginiecie jak dinozaury”, “jaki prezydent taki zamach”, “dożynanie watah”, i wiele wiele podobnych. W wykonaniu tego i innych przedstawicieli światłej i miłującej pokój Platformy, bo ci ludzie mówią jednym głosem, choć czasem im kwestie rozpisują na większą ich ilość.

To też nie jest bez znaczenia i ostatnio nawet chciałem o znaczeniu słów w polityce coś napisać – w tym duchu, że kiedy typowy sowietolog okresu zimnej wojny milimetrową miarką mierzył odległość poszczególnych aparatczyków od GenSeka na oficjalnych zdjęciach z sowieckich uroczystości, to ja (sowietolog amator, ale pilny) byłem wyznawcą nieortodoksyjnej szkoły sowietologii Jean-François Revela, który radził koncentrować się raczej na tym, co sowieci całkiem po prostu MÓWIĄ, i na rozlicznych przykładach pokazywał, jak dokładnie te zapowiedzi w przypadków totalitarnych reżimów są potem realizowane. (Podawał przykłady nazistów i właśnie sowietów.)

Ciekawa to jest sprawa i oczywiście nie bez znaczenia w omawianej tu przez nas kwestii, ale nie będziemy się już w tej chwili bliżej tym zajmować. Tę notkę napisałem z innego powodu. Otóż pod najnowszym tekstem kataryny w salon24 znalazłem m.in. taki oto komentarz, cytuję:

KAWA NA ŁAWĘ

Na kilka tygodni przed katastrofą pod Smoleńskiem w programie “Kawa na ławę ” zamiast Niesiołowskiego wystąpił Palikot.Kiedy zaczęto rozmawiać o wyborach Palikot powiedział, że wybory odbędą się wcześniej.Rymanowski zdziwił się ,Palikot zaczął się motać ,no że on tak myśli , tak mu się wydaje itp.

Rymanowski powiedział ,a to dziwne bo pana przepowiednie się sprawdzają. Potem Palikot zniknął na kilka tygodni.

Może ktoś ma to nagrane.
2010-05-29 19:39 idący drogą hebla

(koniec cytatu)

Oto link: http://kataryna.salon24.pl/187961,pytania#comment_2673634

Oczywiście to nie musi być koniecznie prawda, ale całkiem może. Palikot też spełnia te same kryteria, co Komorowski, a nawet spełnia je “lepiej”, bowiem o ile tamten mając odgrywać rolę poważnego i uczciwego polityka robi z siebie raz za razem błazna, to rolą tego jest akurat robienie z siebie (jadowitego) błazna i zdobycie maksymalnej medialnej popularności. W takich wypadkach nie jest trudno stracić na chwilę miarę i powiedzieć o parę słów za dużo. Nie ma gwarancji, że ten komentarz mówi prawdę, ale na pewno warto spróbować tę wypowiedź Palikota odszukać.

Wtedy będziemy wiedzieli. I wtedy, gdyby się okazało, że to prawda, koincydencja tych dwóch “całkiem niewytłumaczalnych” wypowiedzi tych dwóch – całkiem osobnych, a jednak mających ze sobą dziwnie wiele wspólnego – osobników będzie jeszcze trudniejsza do jakiegoś “logicznego i spokojnego” wytłumaczenia.

Jeśli ktoś nie pamięta ze szkoły, to przypominam, że prawdopodobieństwo dwóch przypadków jest równe ILOCZYNOWI obu tych prawdopodobieństw. Z czego wynika, że jeśli np. roboczo uznamy, że prawdopodobieństwo powiedzenia czegoś podobnego całkowicie przypadkowo i bez związku z czymkolwiek w realu wynosi 1 : 100 (co wydaje mi się b. skromnym oszacowaniem), to DWA takie całkiem przypadkowe przypadki mają prawdopodobieństwo równe 1 : 10 000.

Do tego właściwie należałoby jeszcze dodać – a raczej pomnożyć – prawdopodobieństwo katastrofy takiej (zakładamy tu na chwilę, że to była katastrofa), jaka zdarzyła się w Smoleńsku. A to będzie z pewnością 1 do wielu milionów, bo takie coś praktycznie nie zdarzyło się dotąd w historii, choć politycy latają samolotami co dzień i od pół wieku.

Tak więc, jeśli by się nam udało potwierdzić ową wypowiedź Palikota – sam rachunek prawdopodobieństwa powie nam co to był za “wypadek” i kto m.in. w tym brał udział. A więc, proponuję zacząć ostro szukać, kto ma do takiej roboty jakikolwiek dryg czy talent!

triarius

http://bez-owijania.blogspot.com

Nadesłane: Michał D

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 139 other followers