Chrystus = Egipski Horus ?

Llogari Pujol
(ur. w 1939 r.), Katalończyk, były
ksiądz, studiował teologię na
uniwersytecie w Strasburgu, biblista,
badacz tekstów staroegipskich.
Wspólnie z żoną napisał
książkę „Jezus, 3000 lat przed
Chrystusem. Faraon zwany Jezusem”.

Faraon zwany Jezusem
Ten wywiad wywołał burzę. Teolog Llogari Pujol, były ksiądz, który stracił wiarę, twierdzi, że korzeni chrześcijaństwa powinniśmy szukać pięć tysięcy lat temu, w starożytnym Egipcie. Faraon był wtedy uważany za boga-człowieka, zrodzonego z dziewicy i zmartwychwstającego po śmierci.

Llogari Pujol: Boże Dziecię nie narodziło się 2 tysiące lat temu…

To wiadomo, jest różnica w kalendarzu o dwa, trzy lata…

Nie, nie o to mi chodzi, mam na myśli okres sprzed 5000 lat. Idea dziecka-boga zrodziła się około 3000 roku
przed Chrystusem.

Jak to? O jakim dziecku-bogu pan mówi?

O faraonie! O postaci faraona w starożytnym Egipcie: uważano go za syna boga.

Nie widzę związku między faraonem a Jezusem.

Jest związek: Jezusowi przypisano nauki i cechy faraona. Zbieżności są niezliczone!

Już 3 tysiące lat temu faraona uważano za syna boga, tak jak potem Jezusa. Faraon był człowiekiem, a zarazem bogiem jak Jezus. Jego matce zwiastowano boskie poczęcie, tak jak potem poczęcie Jezusa. Faraon był pośrednikiem między ludźmi a bogiem, jak potem Jezus. Faraon zmartwychwstał, jak potem Jezus. Faraon wstąpił do nieba, jak potem Jezus. . .

A czy pan zna słowa modlitwy Ojcze Nasz, którą podobno ułożył Jezus i nauczył jej ludzi?

Oczywiście: „Ojcze nasz, który jesteś w niebie, święć się imię Twoje… ”

Ta modlitwa znajduje się w tekście egipskim z 1000 roku przed Chrystusem i jest znana jako „Modlitwa ślepca”. W tym samym tekście znajdują się także słowa, które później staną się „Błogosławieństwami” Jezusa. Proszę posłuchać, cała teologia starożytnego Egiptu pojawi się w Jezusie. Również Stary Testament (600 lat przed Chrystusem) jest przeniknięty monoteizmem faraona Aketona (1360 r. przed Chrystusem).
Wróćmy do boskiego poczęcia Jezusa.
Teogamia (małżeństwo boże) pochodzi z Egiptu: bóg zapładnia królową i rodzi się nowy faraon. Jest też tekst egipski (w języku demotycznym) z 550 r. przed Chrystusem, „Opowieść Satmiego”, w której czytamy: „Cień boga pojawił się przed Mahitusket i oznajmił jej: »Będziesz miała syna, którego będą zwać Si-Osiris«”. Czy to coś panu przypomina?

Anioła ze zwiastowania, Maryję...

A powiedzieć panu, co znaczy Mahitusket? „Łaski pełna”. A Si-Osiris znaczy „syn boga”, czyli syn Ozyrysa.

Kim jest Satmi w tej opowieści?

Mężem Mahitusket. Satmi znaczy „ten, który czci boga”. To samo uczyni później Józef, zwany w Ewangelii „sprawiedliwym”.
Potem Herod będzie chciał zabić Jezusa…
W mitologii egipskiej Set chce zabić dziecko imieniem Horus. Jego matka Izyda ucieka więc z nim. Tak jak Święta Rodzina ucieka do Egiptu.

A co z mirrą, kadzidłem i złotem?

Egipcjanie uważali je za emanacje boga Ra: złoto było jego ciałem, kadzidło jego zapachem, a mirra jego nasieniem.

A obrzezanie Jezusa?

To rytuał wśród kapłanów egipskich. W opowieści Satmiego Ozyrys, w wieku 12 lat, dyskutuje jak równy z równym z mędrcami w świątyni. Tak jak Jezus, o czym opowiada Ewangelia.

Co pan powie o chrzcie Jezusa?

Proszę spojrzeć na ten obraz: kapłan chrzci faraona wodą z Nilu… To wszystko znajduje się w starych tekstach, na egipskich obrazach  i płaskorzeźbach. Proszę spojrzeć na ten obraz z 300 r. przed Chrystusem: król Ptolomeusz korzy się przed Izydą, a ona mu mówi: „Dam ci wszystkie królestwa Ziemi”. W Ewangelii szatan kusi Jezusa mówiąc to samo, słowo w słowo.

Co pan sądzi o cudach Jezusa?

Widzi pan ten obraz uczty? Znajduje się on na grobie egipskim w Paheri (1500 lat przed Chrystusem). Przedstawia zamienienie wody w wino przez faraona. Tego samego cudu dokona Jezus w Kanie Galilejskiej. I proszę policzyć dzbany.

Jeden, dwa, trzy… sześć. O co chodzi?

W cudzie, jakiego dokonał Jezus, jest też sześć dzbanów. Teologowie ciągle zadają sobie pytanie, dlaczego sześć. A no dlatego, że skopiowano opowieść egipską.

Czy to również faraon pomnożył chleb i ryby?

Nie, uczynił to bóg Sobk, o czym opowiadają „Teksty z piramid”, z 3000 roku przed Chrystusem. Sobk to bóg-krokodyl. Daje biały chleb i ryby ludziom na brzegu jeziora Faiun. I chodzi po wodach tego jeziora! Jeszcze jedna ciekawostka: na gotyckich malowidłach przedstawiających cudowny połów ryb przez apostołów odkryłem, że te ryby to specjalny gatunek żyjący tylko w Nilu.

Są jeszcze jakieś inne paralele?

Opowieść o Sinhue (2000 r. przed Chrystusem). Jest on księciem, który boi się objąć władzę, opuszcza pałac, udaje się na pustynię, między Beduinów, gdzie grozi mu wiele niebezpieczeństw.

Ale Jezus wjeżdża triumfalnie do Jerozolimy.

Tak, jak „król”… i na ośle. Czyli jako zwycięzca nad złem. Osioł w Egipcie oznaczał Seta, boga, który zabił Ozyrysa i którego pokonał Horus, syn Ozyrysa, i dosiadł go.

A co z Ostatnią Wieczerzą?

Ozyrys, bóg zboża, umierający co roku, pozwalał Egipcjanom żywić się swoim ciałem (chlebem). W „Tekstach z piramid” zwany jest także „panem wina”. Ozyrys daje Izydzie do picia z kielicha swoją krew, by pamiętała o nim po jego śmierci.

Czy zmartwychwstanie i wniebowstąpienie są także kalką teologii faraońskiej?

Istniał rytuał „zmartwychwstania” zmarłego faraona – uczestniczyły w nim kobiety – po czym wstępował on do nieba.

Czy Jezus świadomie powtarzał te wzory, czy też dopisali to potem ewangeliści?

Moja teza jest inna: Ewangelie zostały napisane przez uczonych żydowsko-egipskich kapłanów ze świątyni Serapisa w Sakkarze, w Egipcie, którzy słowo po słowie przetłumaczyli teksty egipskie.

 

http://davidicke.pl/

Napisane w Religia. Tagi: , , . 12 Comments »

Religulous

Nerwica eklezjogenna – choroba religijna

Nerwica eklezjogenna – to nazwa grupy zaburzeń psychicznych wytwarzanych przez religie i kościoły (z gr. ecclesiae – kościół, gignomani – być wytworzonym). Ze względu na to, że źródłem nerwicy kościelnej są głębokie przekonania religijne pacjenta, choroba ta jest bardzo trudna do leczenia.

D.M. Wulff, Psychologia religii klasyczna i współczesna, Warszawa 1999, WSiP, Rozdział 6, podrozdział „Nerwice eklezjogenne”, ss. 218-221.

Nerwica eklezjogenna bardzo często związana jest ze sferą seksualną. Została wyodrębniona i zdefiniowana jako jednostka chorobowa przez berlińskiego ginekologa Eberharda Schaetzinga w roku 1955. Wynikało to niewątpliwie z poluzowania rygorów obyczajowych wobec sfery seksualnej i rozwoju seksuologii jako nauki. Zaczęły się wówczas ukazywać publikacje o rozpowszechnianiu się patologii seksualnych. Jeszcze wówczas ponad połowa kobiet nie przeżywała orgazmu. Jedną z przyczyn tego stanu rzeczy były silne zahamowania na tle religijnym. Schaetzing odkrył je u wielu swoich pacjentek i nadał im nazwę. Stwierdził, że tłumienie potrzeby seksualnej, traktowanie przyjemności jako czegoś złego, obsesja antymasturbacyjna, moralność potępiająca radość itp. elementy „dogmatyzmu kościelnego” nie tylko są przyczyną zahamowań seksualnych, braku orgazmu, ale i innych zaburzeń o nerwicowym charakterze, uniemożliwiając harmonię i więź w wielu małżeństwach, prowadząc do tragedii w życiu osobistym. Wzięło się to z obserwacji, że jego pacjenci pochodzący z rodzin chrześcijańskich często zmagali się z problemami seksualnymi w kontekście swojej wiary.

Jego spostrzeżenia potwierdzili wkrótce inni lekarze i psychoterapeuci, w wyniku czego stwierdzono, iż „Nerwice eklezjogenne z pewnością były jedną z częściej występujących przyczyn problemów seksualnych i małżeńskich” (Z. Lew-Starowicz, Słownik encyklopedyczny — Miłość i Seks, 1999). W 1957 r. austriaccy psychoterapeuci zorganizowali kongres na temat nerwic eklezjogennych. Sytuację odmieniła m.in. rewolucja seksualna z lat. 60., lecz według szacunków do dziś w Polsce na seksualne nerwice eklezjogenne cierpi ok. 9% kobiet i 5% mężczyzn (Lew-Starowicz). Przypuszczam, że w gronie mężczyzn duża jeśli nie większa część z chorych na nerwicę eklezjogenną to osoby homoseksualne. Wiceprezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Seksualnej, dr Andrzej Depko, potwierdził niedawno, iż nauka Kościoła może prowadzić do zaburzeń seksualnych a księża nie powinni wypowiadać się w sprawach seksu, nawet jeśli uważają, że mogą powiedzieć coś „postępowego”, gdyż nie mają po temu kwalifikacji merytorycznych.

Pomimo iż prof. Lew-Starowicz definiuje nerwice eklezjogenne jako zaburzenia seksualne o charakterze nerwicowym spowodowane nauczaniem kościelnym, to dziś pojęcie to ma znacznie szersze znaczenie niż pierwotnie i odnosi się do wszelkich zaburzeń psychicznych związanych z kościelnym nauczaniem. Klaus Thomas rozszerzył pojęcie nerwicy eklezjogennej również na zaburzenia lękowe i zaburzenia osobowości związane z przekonaniami religijnymi, zwłaszcza rodziców. Według Thomasa, nerwice eklezjogenne zdarzają się stosunkowo często i wyrażają się w formie „religijnego strachu” i depresyjności, w której szczególną rolę odgrywa poczucie winy (1964).

Dwight W. Cumbee zwrócił uwagę, iż większość depresji spotykanych u osób wierzących, to nerwice eklezjogenne. W swojej pracy kapelana szpitalnego zaobserwował wiele nerwic religijnych, których źródła sklasyfikował według pięciu czynników: 1) chorobliwe poczucie winy; 2) niemożność sprostania naukom kościelnym bez względu na wysiłki; 3) strach przed piekłem i wiecznym potępieniem; 4) brak wsparcia we wspólnocie kościelnej; 5) religijny seksizm (Depresion as an ecclesiogenic neurosis, „The Journal of Pastoral Care”, 4/1980).

Należy podkreślić, iż pojęcie nerwicy eklezjogennej związane jest w zasadzie z religią chrześcijańską, zwłaszcza w tych jej wydaniach, które koncentrują się mocno na sferze seksualnej i silnie akcentują czynnik strachu i kary Bożej. Pierre Solignac nazywa to „nerwicami chrześcijańskimi” (The Christian Neurosis, 1982) i wini za nie tradycyjne nauczanie chrześcijańskie. Paul DeBlassie III pisze o „nerwicach religijnych”, które wywołuje toksyczne chrześcijaństwo charakteryzujące się legalizmem i sztywnym zinstytucjonalizowaniem. Według niego czynniki te wpływają negatywnie na rozwój człowieka, tłumiąc jego niezależne myślenie i twórczość. Na ogół oddziaływanie toksycznego chrześcijaństwa jest zjawiskiem nieświadomym (Toxic Christianity: Healing the Religious Neurosis, 1992).

„W sumie każdy mój kryzys wypływał z lęku przed Bogiem, że on będzie chciał czegoś innego niż ja. – mówi Małgorzata, katolicka pacjentka z krakowskiej grupy terapeutycznej prowadzonej przez dra Andrzeja Molendę — (…) Pragnienie podświadome, żeby Pan Bóg się w końcu odczepił, ja sobie chcę dawać radę sama (…) Bóg zagraża mi jakimś potencjalnym ‘złem’, niby dobrze chce, ale jakoś mu nie wychodzi. Dziwnym zbiegiem okoliczności dobro dla mnie według niego nie jest dobrem dla mnie według mnie. Typowe i mocne jest u mnie myślenie, że ‘święte’ zamierzenia Boga wobec mnie zaowocują cierpieniem. Bóg faktycznie jawi mi się jako ten, który zagraża brakiem konkretów w moim życiu, czyli nudą, bezruchem, opuszczeniem rąk, poddaniem się.” (Rola obrazu Boga w nerwicy eklezjogennej, Nomos, 2005).

Elżbieta, inna pacjentka z tej samej grupy, również kładzie akcent na łamanie „wolą Bożą” własnych pragnień: „Pojęcie ‘wola Boża’ budziło we mnie zawsze lęk (mniejszy lub większy). Gdzieś w podświadomości było we mnie zawsze przekonanie, że wola Boża to jakiś ciężar, zadanie, któremu nie sprostam, a w każdym razie coś, co będzie sprzeczne z moimi pragnieniami, co będzie wyrzeczeniem, ofiarą”.

Nieco inny był przypadek Teresy, która nerwicy eklezjogennej nabawiła się w ramach katolickiej „Odnowy w Duchu Świętym”. Po pewnym czasie grupowych praktyk religijnych spostrzegła, że to, co na spotkaniach modlitewnych było proste, w życiu „nie grało”, życie ukazywało się bardziej skomplikowanym niż obraz kreowany przez katolickich mistyków. Rozdźwięk między modlitwą a życiem spowodował, że zaczęła czuć coraz większą niechęć do praktyk i treści religijnych i spostrzegła, że modlitwa wywołuje u niej coraz większe napięcie. Z czasem zaczęła skracać modlitwy i rzadziej chodziła do kościoła, co dawało jej pewną ulgę. Wdrukowane treści religijne były jednak tak silne, iż wkrótce w jej głowie wyrósł boski upiór, który począł ją straszyć konsekwencjami przed zatracaniem się. Z jednej strony chciała wytchnienia od psychicznie kosztownych modlitw i Kościoła, z drugiej strony zaczęła obawiać się zemsty kościelnego Boga. W końcu trafiła do grupy terapeutycznej zajmującej się leczeniem nerwicy kościelnej. Fragment jej wypowiedzi:

„Respektowanie przykazań jako nakazu Boga powodowało, że gdy nie mogłam ich wypełnić, pojawiało się poczucie winy i zamiast przybliżać mnie do Boga, oddzielało od Niego przez lęk. Czułam się bowiem wtedy niegodna Jego miłości oraz że nie mogę taka stanąć przed Nim, nie mogę do niego iść. (…) nieakceptacja siebie, swoich słabości, uniżanie siebie było chyba formą tych przeprosin, a nawet jakiegoś samo ukarania siebie. Wtedy dopiero dawałam sobie prawo, aby znów iść do Boga (…) Bóg ciągle jawił się jako ktoś zagrażający mi. (…) Bałam się rezygnacji z moich planów, pragnień. Bałam się, że On zabierze mi to, na czym mi zależy, lub też nie da tego, o czym marzę, a to tylko dlatego, że za bardzo czegoś pragnę, a On chce mnie wychować.”

Jeden z ojców polskiej psychologii, Władysław Witwicki (1878-1948), badając przed wojną wiarę ludzi wykształconych, sformułował na tej podstawie psychologiczną zasadę sprzeczności, polegającą na tym, w skrócie, iż ludzie ci w istocie nie żywią prawdziwych przekonań odpowiadających doktrynom religijnym, lecz supozycje – „niby-przekonania” (Wiara oświeconych, wyd. Paryż 1939, w Polsce dopiero w 1959). W czasopiśmie „Szkoła i Nauczyciel” pisał: „przymusowa nauka religii i przymusowe praktyki religijne są czynnikiem wychowawczym na ogół ujemnym (…). Ujemnym przede wszystkim dla dzieci inteligentniejszych i lepszych (…) Utrata wiary dziecięcej jest zjawiskiem naturalnym i niezmiernie rozpowszechnionym”.

Trudno wyobrazić sobie, aby „oświecona” osoba deklarująca się jako religijna żywiła coś innego niż quasi-przekonania religijne. Supozycje religijne nie wywołują oczywiście istotnych skutków w życiu psychicznym danej jednostki, co najwyżej w jej sferze behawioralnej. Nerwice eklezjogenne pojawiają się u tych jedynie osób, które żywią prawdziwe przekonania religijne. Im bardziej konserwatywne i fundamentalistyczne wierzenia religijne tym groźniejsze psychicznie. Rodzą się one na bazie konfliktów wewnętrznych pragnień i potrzeb oraz nakazów i zakazów religijnych. Można jednak przypuszczać, że powszechniejsze będą pod naporem postępujących procesów emancypacyjnych niż w społecznościach silnie tradycjonalistycznych, czyli w sytuacjach zderzenia pluralizmu społecznego, humanizmu i indywidualizmu z chrześcijańskimi tradycjami. W społeczeństwach, które nie dają możliwości wyboru stylu życia mniej jest wolności, ale i – jak należy się spodziewać — mniej nerwic eklezjogennych.

Mamy dzięki Bogu Stowarzyszenie Psychologów Chrześcijańskich (spch.pl), które twórczo rozwija różnorakie „terapie chrześcijańskie”, które mają ambicje kościelnego leczenia. Zdaje się, że kościelni psychologowie najbardziej „słyną” z „leczenia” homoseksualizmu. Z pewnością nieco lepiej idzie im leczenie alkoholizmu, choć terapie religijne nie mają tutaj monopolu. Jeden z chrześcijańskich psychologów, kościelny specjalista od satanizmu i psychologii męskości, Antoni J. Nowak OFM, kierownik Katedry Psychologii Życia Wewnętrznego KUL, potępia pojęcie nerwicy eklezjogennej: „Dla tego, kto rozumie Kościół święty i jego misterium, kto w niego wierzy, termin neuroza eklezjogenna będzie nie tylko nonsensem, ale może również próbą atakowania Kościoła świętego”. Ojciec Profesor z KULu uważa, że kobieta istnieje tylko jako matka lub żona; mężczyzna ma egzystencjalne doświadczenie osamotnienia w Raju, kobieta zaś istnieje od początku w relacji do niego („Znak” 1/2006).

Są jednak teologowie, którzy nie odrzucają patologizującego wymiaru wyobrażeń religijnych. Jednym z nich jest Hans Kueng, który w wywiadzie z 1998 mówił: „Są ludzie, którzy z powodu religii chorują. Są ludzie, którzy cierpią z powodu przymusu, że muszą zrobić to czy tamto, odmówić jakieś modlitwy, którzy mają wyobrażenia o przymusie religii i wymuszonych rytuałach. Mają oni często eklezjogenne nerwice. Myślę, że cała kwestia moralności małżeńskiej jest przyczyną wielu nerwic: gdy ludzie nie mogli używać środków antykoncepcyjnych, gdy się im wmówiło mnóstwo rzeczy o wstydliwości tam, gdzie w zasadzie nie było wcale grzechu.” („Fronda” nr 19-20/2000). Wspomina o konieczności poważnego traktowania krytyki religii ze strony psychologii.

Trudno jednak dziwić się temu, iż choroba ta uważana jest za tak ciężką, jeśli próbuje się ją leczyć przy zachowaniu religijnego tabu. Dr Andrzej Molenda ostrzega: „Niedopuszczalne jest jednak nieetyczne kwestionowanie religijnego świata leczonej osoby, nawet gdy ten świat jest postrzegany jako dysfunkcjonalny”. Radzi się, aby pracować nad zmianą obrazu Boga na bardziej miły. Dziwna to jednak sytuacja, kiedy terapeuta przeobraża się w teologa i przekonuje pacjenta, że Bóg nie jest taki zły, jak mu się to wydaje, jak gdyby miał jakiekolwiek lepsze informacje o tym, „jaki Bóg w istocie jest”. To tak jakby chcieć leczyć poważnie zniszczonego bolącego zęba zimnymi okładami. Pamiętam, że przed paru laty na zebraniu założycielskim Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów obecna była osoba, która też miała za sobą przeszłość z nerwicą eklezjogenną. Próbowano na niej różnych „terapii”. Wyleczyło ją całkowite odrzucenie religijnych przekonań, czyli po prostu racjonalizm. Mam więc powody przypuszczać, iż na nerwice eklezjogenne najlepszym remedium jest po prostu terapia ateistyczna – detoks a nie okłady z miłego boga; zaś psycholog czy psychiatra, który zajmuje się chorymi na nerwicę eklezjogenną powinien być ateistą. Tyle że to niemoralne…

http://www.racjonalista.pl/

Redmuluc

Watykańskie Archiwum X

Pod Watykanem rozciągają się kilometry lochów, w których ukryta jest skarbnica ludzkiej wiedzy – biblioteka zawierająca najtajniejsze z tajnych dokumenty, rękopisy, księgi. Treść wielu z nich mogłaby wstrząsnąć światem.
W Kaplicy Sykstyńskiej, w Rzymie, w maleńkiej zakrystii, do której dostać się można przez niewielkie drzwi umieszczone pod obrazem Sądu Ostatecznego, oficjalnie przechowuje się szaty liturgiczne Ojca Świętego, jego tiary i pastorały. Drzwi te strzeżone są dzień i noc przez członków gwardii papieskiej – mimo że zaopatrzone są w solidne, niezwykle skomplikowane zamki.

Powodem tych zabezpieczeń nie jest wartość papieskich szat, ale to, że na tyłach zakrystii znajduje się jeszcze jedno wejście, a za nim ciągnący się kilometrami korytarz prowadzący do labiryntów watykańskich lochów. Lochów skrywających tysiące skarbów kultury, z których większa część może nigdy nie ujrzeć światła dziennego. Tylko niekiedy, na wniosek rządów państw z całego świata, urzędnicy Watykanu rozpoczynają tam poszukiwania i czasami udaje im się znaleźć dawno poszukiwany skarb jakiejś narodowej kultury.

Poszukiwacze zaginionych manuskryptów

Trudność polega na tym, że labirynty podziemnych lochów ciągną się pod całym watykańskim państwem i na dobrą sprawę nie ma nikogo, kto znałby je w całości.
Na regałach o łącznej długości ponad czterdziestu kilometrów zebrano ponad półtora miliona woluminów, około stu tysięcy map i rycin oraz sto dwadzieścia tysięcy rękopisów. A jest to jedynie ten zbiór, który został choć pobieżnie tylko skatalogowany. Prócz niego znajdują się liczne szafy i całe pokoje wypełnione po brzegi powiązanymi w paczki dokumentami, które nawet nie zostały policzone. Na dobrą sprawę nikt nie wie, co można by w nich znaleźć.

Dopiero w 1964 roku odnaleziono pełny indeks ksiąg zakazanych, który dwa lata później został oficjalnie skasowany. Ostatnie wydanie indeksu pochodzi z 1948 roku i znaleźć można w nim nazwiska Moravii, Sartre’a, Kanta, Schopenhauera czy Spinozy. Co ciekawe, nie ma na indeksie Hegla, Boccaccio czy Marksa.

Przez całe wieki archiwum watykańskie było ściśle tajne. Dopiero na mocy dekretu papieża Leona XIII zostało w 1882 roku otwarte dla publiczności. Mimo to nie jest łatwo się tam dostać. Po pierwsze dlatego, że korzystanie z archiwum nie jest prawem, ale przywilejem. Aby mógł z niego korzystać człowiek świecki, Włoch, musi mieć list polecający od jakiejś poważnej organizacji kulturalnej lub dyrekcji naprawdę dużej i znaczącej biblioteki. Ksiądz musi mieć list od biskupa. Świecki obcokrajowiec musi mieć list polecający od dyplomaty wysokiego szczebla lub konsula swojego kraju.

Po przedstawieniu takiego dokumentu chętny do zgłębiania archiwum odbywa z prefektem długą rozmowę, w której musi dokładnie określić swoje zamiary, cele i temat poszukiwań. Jeśli prefekt wyrazi zgodę, potencjalny poszukiwacz wypełnia formularz zaadresowany do papieża i musi cierpliwie czekać – kilka tygodni, miesięcy lub lat. Zezwoleń udziela się po bardzo starannym odsiewie.

Papierowa bomba dyplomatyczna

Dlaczego tak trudno dorwać się do watykańskiego archiwum? Teoretycznie dlatego, by chronić bardzo stare i cenne dokumenty przed zniszczeniem. Jednak sam prefekt przyznaje, że istnieje obawa, iż autorzy żądni sensacji nadużyją treści dokumentów. Zawierają one bowiem tak pikantne sprawy z życia Kościoła, że nawet bardzo zaufani badacze bardzo często nie mogą się powstrzymać od publikacji wszelkiego rodzaju smaczków. Trzeba jednak przyznać, że jeśli już ktoś dostanie zgodę na korzystanie z archiwów, pracownicy Watykanu nigdy nie posuwają się do prób cenzurowania udostępnianych dokumentów. Inna sprawa, że każdy, kto wyciągnie na światło dzienne jakąś „nienaukową” sensację musi się liczyć z tym, że choć nie dostanie oficjalnego zakazu, nigdy już nie przekroczy progów archiwum.
Tak właśnie stało się z dziennikarzem Pietro Welunim, który ujawnił, iż w archiwach Watykanu znajduje się chyba jeden z największych zbiorów rycin, ksiąg i wydawnictw pornograficznych. Pierwsze okazy pochodzą z XVI wieku! Stanowią one oddzielny „zakazany” zbiór. Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że nim dane wydawnictwo trafi do zbiorów zakazanych, musi je dokładnie przeczytać i przestudiować odpowiednia kapituła księży. Te zaś pozycje, które wpisywane były do indeksu, przeczytać musiał papież.

Samo dostanie się do archiwum nie oznacza oczywiście dostępu do wszystkich dokumentów. Po pierwsze, do użytku wewnętrznego pozostają wszelkie noty dyplomatyczne oraz blisko półtora miliona (!) listów stanowiących korespondencje papieży z władcami i bardzo znanymi postaciami historycznymi oraz listy wykradzione w ciągu wieków z buduarów władców.

Część dokumentów, jak te złożone w tak zwanej wieży wiatrów sprawozdania księży z kurii na całym świecie, powiązane są w paczki i nikt nie wie, jaka bomba dyplomatyczna w nich tyka. Gdyby tylko chciano opisać je tematycznie, trzeba by na to – tak obliczono – grona wytrawnych archiwistów pracujących po dziesięć godzin dziennie przez 180 lat. A chodzi o dokumenty zgromadzone w jednej tylko komnacie wieży!

Mekka parapsychologów

Najbardziej jednak sekretnym działem, założonym na początku XVI wieku, jest dział sprawozdań z całego świata dotyczący dziwnych, absolutnie niewytłumaczalnych zjawisk z pogranicza nauki i parapsychologii. Owo swoiste archiwum X liczy setki tysięcy stron raportów, których nawet nie wolno opisywać archiwalnie. Czyta je podobno jedynie kilku mnichów, którzy przygotowują comiesięczny raport dla kolegium watykańskiego. Raport po odczytaniu zostaje komisyjnie zniszczony. Strony dokumentów są numerowane i… znikają w czeluściach archiwum.

Być może istnieją tam udokumentowane opisy zjawisk i wydarzeń, o których nie śniło się żadnemu z parapsychologów. Czy kiedykolwiek o nich usłyszymy? Tak. Jak stwierdził założyciel tego działu, zwolennik wszelkiego rodzaju magii, papież Leon X (1513-1521) „trzeba to ogłosić już za tysiąc lat”.

Tymczasem szok czekający ludzkość około 2515 roku skrywa kurz watykańskiego archiwum X.

Autor Jerzy Gracz

http://www.paranormalne.info/

William Cooper – Prawdziwe Chrześcijaństwo

Od inkwizycji do psychiatrii – niechciana prawda

„Marzenie o zdrowiu psychicznym usprawiedliwia dzisiaj prawie każdy środek zapobiegawczy, praktycznie tak samo, jak prawdziwa wiara usprawiedliwiała inkwizycję?” (Prof. Thomas S. Szasz, 1963)

„Przecieki” z psychiatrii dziecięcej w Starogardzie Gdańskim o katowaniu przymusowo zamkniętych tam „pacjentów”, które pojawiły się w anonimowym zawiadomieniu kilku osób z personelu medycznego i porządkowego tego szpitala, wstrząsnęły niejedną polską rodziną. Przerażające, że dopiero po takich faktach temat przemocy w psychiatrii pojawił się w mediach publicznych, choć szybko próbuje zepchnąć się go w zapomnienie zapewnieniem, że „kontrola była” i wszystko ma „swój… prawny porządek”.

„- Pierwsze doniesienia o tym, że nieletni pacjenci szpitala są dręczeni otrzymaliśmy w listopadzie – mówił 14 grudnia br. „Gazecie” Jerzy Karpiński, pomorski lekarz wojewódzki. – Nasz konsultant wojewódzki ds. psychiatrii dzieci i młodzieży Izabela Łucka zakończyła już kontrolę. Wstępne wyniki potwierdzają, że dochodziło tam do naruszania godności dzieci i młodzieży. A tak wprost: pacjenci byli kopani, szarpani, wstrzykiwano im sól fizjologiczną, szantażowano, poniżano i ośmieszano. To jest po prostu sprawa kryminalna, czekamy na to, co ustali prokuratura.”

Jeżeli taka wypowiedź uspokoiła kogokolwiek, to najwyraźniej nie zrozumiał on jeszcze, czym w rzeczywistości jest psychiatria instytucjonalna i że od początku jej istnienia nikt z poza kręgu wtajemniczonych nie ma do niej tak naprawdę ani wglądu, ani dostępu. Na domiar złego wciąż nie podjęto jeszcze zmian ustawowych, aby znieść wreszcie przymus psychiatryczny, choć, jak wyraźnie potwierdził to Najwyższy Komisariat Praw Człowieka i ogłosił to na Walnym Zgromadzeniu ONZ na wniosek Międzynarodowego Stowarzyszenia Przeciwko Przemocy Psychiatrycznej IAAPA, przymus leczenia w psychiatrii jest nielegalny i powinien być natychmiast zniesiony.

Zastanówmy się przez chwilę, jak to możliwe, skąd wzięła się taka władza psychiatrii i dlaczego „lekarz psychiatra” jednym swoim orzeczeniem o „przymusie leczenia” jest w stanie postawić się ponad wszelkim prawem, łącznie z konstytucją i prawami podstawowymi?

KIEDYŚ INKWIZYCJA – DZISIAJ PSYCHIATRIA

W dyskusjach na temat natychmiastowej potrzeby zakazu przymusu psychiatrycznego oraz stosowanych w psychiatrii „metod leczenia” chętnie przypominam, iż ta „gałąź medycyny” medycyną nie jest, a jest następczynią średniowiecznej inkwizycji kościelnej, która wbrew ogólnie przyjętemu poglądowi wciąż istnieje. Przypomnijmy, że inkwizycja krwawo wpisała się do ksiąg historii świata wymordowaniem wciąż nieokreślonej ilości ludzi; ilu zakatowano, potopiono i spalono na stosach do dziś nie wiadomo, gdyż rozbieżność danych sięga tu od 100 tysięcy do 9 milionów ofiar! Ludzi tych po torturach pozbawiano życia, ponieważ nie chcieli dostosować się do narzuconego przez chrześcijaństwo systemu wiary. Instytucji tej co prawda dla zmyłki dwukrotnie zmieniono już nazwę: w 1908 papież Pius X przekształcił ją w „Kongregację Świętego Oficjum”, zaś w 1965 Paweł VI w „Kongregację Nauki Wiary”, ale sama instytucja nadal istnieje, funkcjonuje i wciąż czyni swoją powinność. Gdyby ktoś pytał o adres? Ależ proszę: Congregatio Pro Doctrina Fidei, Palazzo del Sant Uffizio, 00120 Cittŕ del Vaticano. O szefa inkwizycji oczywiście tam nie pytajcie, bo przez to raczej wylądować można w psychiatryku, a w najlepszym wypadku odpowiedzą, że inkwizytorów już nie ma! I nawet nie będzie to kłamstwo! Inkwizycji też przecież nie ma, nieprawdaż?

Od 1965 roku inkwizy… sorry… kongregacją zarządza nie sam papież, jak miało to miejsce od początku istnienia tej instytucji, czyli od pierwszych lat XIII wieku, a tzw. prefekt… Domyślam się, iż tylko nieliczni wiedzą, że od roku 1981 do 2005 funkcję tą piastował znany w Polsce bardziej ze swojej przynależności do Hitlerjugend, aniżeli do inkwizycji, prof. Joseph Ratzinger. Tak, tak… Ten sam „zastępca Jezusa na ziemi”, którego dzisiaj tytułujemy „Benedykt XVI”, „Ojciec Święty”, „Papież”…

Po przytoczeniu tego faktu moi rozmówcy przez chwilę patrzą z niedowierzaniem i najpierw słyszę: „To nieprawdopodobne!” Po chwili pojawia się oczywiście kontrargument, że przecież poziom wiedzy w tamtych czasach jaki był, jaki był, do czynienia mieliśmy więc z masową ciemnotą, ale dzisiaj jest… na pewno… inaczej: ani dzisiejszego społeczeństwa, ani psychiatrii nie można przecież porównać do „ciemnej masy”, a ci drudzy to wręcz sami „wykształceni” ludzie… Ba! „Naukowcy”! Tylko… skąd ta pewność i na czym ma polegać owa naukowość psychiatrii, nikt oczywiście nie potrafi powiedzieć. „No przecież wiadomo”, słyszę wtedy, „że chodzi tam o jakąś chemię w mózgu czy coś-tam… Chyba wiedzą, co robią, w końcu uczą się tego, studiują, praktykują itd…” Ale kto zastanawia się głębiej nad tą materią? Kto zagląda do tych „naukowych” prac? Kto je weryfikuje i dlaczego powtarza się, że jest tam jakakolwiek wiedza, skoro napisane tam, jak byk, że nie o wiedzę chodzi, a o hipotezy? Słowo ”hipoteza” pochodzi z języka greckiego (hypóthesis) i oznacza przypuszczenie – osąd, który podlega weryfikacji!

O inkwizycji ogólnie niewiele wiadomo. Owszem i tu niby „każdy wie”, że działała ona… kiedyś-tam… w średniowieczu… w imieniu kościoła katolickiego… i z pewnością była czymś złym! Torturowała i w końcu paliła na stosach ludzi, pomawianych o uprawianie jakiejś-tam „czarnej magii”, o „kontakty z diabłem”, produkcję mikstur zielarskich (które określano jako na pewno trujące). Psychiatria z kolei, w ogólnie przyjętym pojęciu, to „coś dobrego”, że to „dział medycyny” i „leczy się tam ludzi chorych psychicznie”, a jej wiedza oparta jest na badaniach naukowych… Tak w wielkim skrócie wygląda stereotyp myślenia w tej kwestii.

Wybitny senior historii medycyny, Henry Ernest Sigerist (1891-1957), wskazując na powiązania historyczne inkwizycji i psychiatrii napisał wyraźnie: „nowoczesna psychiatria jako dziedzina medycyny zrodziła się na gruncie przemian nastawienia do magii”. Podobne wnioski pojawiają się w pracach wielu innych historyków, którzy twierdzą, iż psychiatria rozwinęła się właśnie w czasach, kiedy prześladowanie i mordowanie tzw. czarownic musiało maleć ze względu na coraz większy brak przyzwolenia społecznego, aż w końcu zaprzestano tej barbarzyńskiej metody pozbywania się ludzi niewygodnych dla narzuconego systemu wiary. To właśnie wtedy powołano do życia psychiatrię i zaczęto propagować hasło, że w przypadku czarownic/magów nie mamy do czynienia z heretykami, czy opętanymi przez diabła, a z osobnikami „chorymi psychicznie”… I tak utrwalano, i utrwala się to do dziś w społeczeństwach.

Profesor Thomas Szasz, znany amerykański naukowiec, będący z wykształcenia psychiatrą i psychoanalitykiem, który praktycznie całe swoje życie poświęcił na walkę z psychiatrycznym przymusem, stając się tym samym ikoną ruchu antypsychiatrycznego, w swojej książce ”The Manufacture of Madness: A Comparative Study of the Inquisition and the Mental Health Movement” stwierdził wymownie: „ja powód takiej przemiany widzę w tym, że ideologia teologiczna przekształciła się w naukową. Medycyna zastąpiła teologię, psychiatra inkwizytora, a wariat czarodzieja. W ten sposób masowy ruch medyczny wszedł na miejsce ruchu religijnego i tak nie prześladowano już czarodziejów, a chorych psychicznie.”

ALE… JAK W OGÓLE POWSTAŁA PSYCHIATRIA?

W roku 1656 we Francji otwarto pierwszy psychiatryk – Hóspital Générale Paris. Z okazji jego otwarcia ówczesny król, Ludwik XIII, wydał groźnie brzmiący dekret, który stał się fundamentem dla działalności tego i kolejnych tego rodzaju „szpitali”, rozprzestrzeniających się wszędzie tam, gdzie trwała (i nadal trwa) walka o utrzymanie narzuconego systemu wiary. W dekrecie czytamy:

„Jesteśmy strażnikami i obrońcami niniejszego szpitala, który powołujemy do życia (…), a który w całości nie ma podlegać żadnej kontroli, nie można go odwiedzać, ani obejmować prawem państwowym ogólnej Reformy (…), a urzędnikom zabrania się prawa do jakiejkolwiek informacji i ustawodawstwa, obojętnie na jakiej podstawie by się pojawiło.”

I tak się zaczęło. Wszystkich tych, których do tej pory ścigała, katowała i mordowała inkwizycja, którzy nie chcieli podporządkować się kościelnym dogmatom, którzy chcieli żyć po swojemu, w swoim rodzinnym zaciszu i według własnych norm, którzy nie chcieli płacić „ofiary”, czy też mówili np. o istnieniu światów pozazmysłowych twierdząc, że nie tak wygląda Bóg, jak to sprzedaje nam kościół katolicki, określono już „chorymi psychicznie” i izolowano w więzieniach, nazwanych dla unaukowienia sprawy „szpitalami”… Palić na stosach już się tak łatwo nie dawało, świat szedł i wciąż idzie przecież z postępem, dzisiaj trudno nam sobie wyobrazić stosy pod ratuszem i tłumy, przez które nie można by się było przepchnąć z naszymi pełnymi zakupów, kolorowymi reklamówkami. Ujjj… I jeszcze ten swąd palonych ciał… Być może zabrzmiało to makabrycznie, ale próbuję jakoś obrazowo przebudzić zahipnotyzowane społeczeństwo, które niby już nie wierzy w „zabobony”, ale w to, że psychiatria jest nauką, niestety wciąż tak.

Oczywiście inkwizy… sorry… już psychiatria nie tylko pozbawiała swoją klientelę całych, niejednokrotnie pokaźnych majątków, jak czyniono to do tej pory w przypadku heretyków, ale ze swojej „misji” zaczęła robić dodatkowy, oficjalny biznes. Niepoprawnych… sorry… już „chorych psychicznie” katowano więc dalej pod przykrywką medycyny; za pomocą metod leczenia, bo tak teraz zaczęto nazywać inkwizycyjne tortury, pojmanych maltretowano, aby zaraz po tym wystawiać ich na pokaz i pośmiewisko większej rzeszy „normalnego społeczeństwa”, które po wykupieniu biletu, mogło ich oglądać, jak zwierzęta w zoo… Damy i Panowie z tzw. środowisk burżuazyjnych, bo wtedy tylko ich stać było na „luksus” zakupienia takich biletów wstępu do „szpitala”, nie mogli się nadziwić, jak to możliwe i co to za „straszna, niebezpieczna choroba”, że taki „chory”, pomimo tylu „zabiegów”.. jeszcze żyje!

METODY „LECZENIA” BYŁY JUŻ WTEDY OPISANE…

…więc trudno kogokolwiek posądzić o niewiedzę, jak z „pacjentami” się obchodzono. Przytoczenie tutaj wszystkich owych „sposobów medycznych” jest ze względu na objętość listy niemożliwe (patrz: Der Chemische Knebel. Warum Psychiater Neuroleptika verabreichen, P. Lehmann, 1990, II wyd.).

Metody te podzielono jakże naukowo na tzw. obręby; z każdego podam poniżej pierwsze kilka/kilkanaście przykładów, przy czym szczególną uwagę Czytelnika chciałbym zwrócić na „metody z obrębu psychologii i pedagogiki”, które w wyjątkowy sposób udowadniają inkwizycyjne pochodzenie psychiatrii:

METODY Z OBRĘBU MECHANIKI W ZAKRESIE STATYKI

Zamknięcie w szpitalu psychiatrycznym, a w nim zamknięcie w: łóżku-klatce, w korycie, w skrzyni na tors/tułów, w szafach przymusu, w skrzyniach trumno podobnych, w trumnach, w celi uspokajającej, tzw. klatce na niedźwiedzia, w celach piwnicznych i lochach podziemnych, w barakach, w celach ostrokołowych (z drewnianych, ostro zakończonych pali, wbitych jeden przy drugim), na tzw. wieżach wariackich, na statkach wariackich. Związywanie w pozycji, jak do przewijania niemowląt, stosowanie masek z buciej skóry, ściskanie głowy rzemieniami skórzanymi, nakładanie kamizelek uciskowych, rękawic uciskowych, pasów uciskowych. Stosowanie klatek do stania w pozycji na krzyż, przykucie łańcuchami do muru, do szyny metalowej, do kuli metalowej, do kloców, do podłogi, do ścian celi, do łóżek, do drzew, do ławek w parku… i inne.

METODY Z OBRĘBU MECHANIKI W ZAKRESIE DYNAMIKI

Przymusowe kołysanie, bujanie, spuszczanie i podciąganie (np. zawiniętego w hamaku „pacjenta” wciągano na wysokość kilku metrów i puszczano w dół, hamak nagle zawisał na długości liny i „pacjent” w hamaku był ponownie wciągany do góry, i znowu puszczany w dół). Kręcenie na talerzu („pacjenta” przywiązywano na kole rotacyjnym głową na zewnątrz i kręcono nim ok. 60 obrotów na min. tak, aby… „dokrwić głowę”. „Krzesło Darwina” (na nim tak długo kręcono „pacjentem”, aż krew wydobywała się z nosa, uszu i ust), okręcanie w klatce (ruchoma klatka, w której kręcono pacjentem tym bardziej, im bardziej był w niej niespokojny). Kula rotacyjna („pusta kula”, w której zamykano „pacjenta” na 36 do 48 godzin i maszynami rotacyjnymi obracano, raptownie hamując, lub popychano ją w niespodziewanym kierunku, wpychano do basenu, w którym często związanego „pacjenta” topiono, albo wrzucano ją też do rzeki lub morza z dźwigów, statków lub promów – tzw. łodzie-niespodzianki)… i inne.

METODY Z OBRĘBU AKUSTYKI

Nagłe wybuchy prochu palnego, muzyka składająca się z hałasów, wrzasków, łomotów, huku, łoskotu, chaos akustyczny bębnów, dzwonów, dzwonów i dzwoneczków, krzyków ludzkich i wycia zwierzęcego, strzały z pistoletów, dźwięk wybuchów armatnich, pisków, przerażającego dźwięku instrumentu dętego, monotonne buczenie piszczałki organowej, uderzenia w bęben turecki, a wszystko to w odosobnionym, wysokim, ciemnym i ponurym sklepieniu… i inne.

METODY Z OBRĘBU OPTYKI

Nieprzyjemne światło lub ciemność, zamykanie w „ciemnych pokojach” (szczególnie ciemne pomieszczenia ze ścianami wymalowanymi na czarno).

METODY Z OBRĘBU TERMIKI

Podzielone zarówno na te, w których stosowano nadmiernie wysokie, jak też nadmiernie niskie temperatury. Z „gorących metod” wyróżnijmy: gorące kąpiele z dodatkiem siarki, potasu, urządzenia parowe i gazowe. Upychanie 4 osób w jednym łóżku-klatce (tzw. łóżko chorego), zamykanie przywiązanych „pacjentów” w rozgrzanych klatkach, połączone ze słabym dopływem powietrza, rosnącym pragnieniem i wstrzykiwaniem roztworu soli w ich organizm. Kapanie gorącym lakiem na ręce, jak również przypalanie rozgrzanym metalem karku lub czubka głowy, przywiązywanie do ciała „chorego” tzw. moksów, czyli zwitków materiałów łatwopalnych, które następnie spalano na ciele… Z „zimnych metod” wymieńmy: odbieranie ciepła i powodowanie wymarzania ciała, wrzucanie do lodowatej wody, wlewanie lodowatej wody pod odzież, ustawianie pod lodowatym prysznicem, wylewanie np. 200 wiader wody na głowę „chorego” (czyli jednej „jednostki terapeutycznej”, jak to określano). Lodowaty prysznic kierowany na głowę, czy też wielogodzinne lub wielodniowe unieruchamianie pacjenta (całkowity bezruch) i kropla za kroplą bezustanne kapanie mu na głowę zimną wodą… i inne.

METODY Z OBRĘBU MAGNETYZMU I ELEKTRYCZNOŚCI

Magnetyzowanie (dotykanie „chorego” namagnetyzowanymi przedmiotami), stosowanie prądu galwanicznego oraz indukowanego w ramach tzw. basenów prądowych lub bezpośredniego rażenia prądem rąk, pleców, piersi, ramion, ud, karku, głowy, szyi, szpiku kostnego, albo, w ramach publicznych pokazów metody rażenia prądem, sutków, czy genitaliów… i inne.

METODY Z OBRĘBU CHEMII I BIOLOGII

Tutaj psychiatria znajdowała i znajduje nieograniczoną ilość możliwości wstrzykiwania, wlewania, siłowego podawania doustnie, lub wcierania w ciało: aloe (środka przeczyszczającego), soli rtęciowej, amoniaku, alkoholu w niemałych ilościach, cyjanitu, soli bromu, morfiny, opium, nux vomica (substancji z zawartością strychniny), fosforu, soli kwasu siarkowego… i wielu, wielu innych szkodliwych substancji.

METODY Z OBRĘBU PSYCHOLOGII I PEDAGOGIKI

Groźby, np. straszenie „pacjenta” karą 10-krotnego uderzenia pasem ze skóry woła, albo tym, iż „zostanie spalony, jeżeli nie wyspowiada się ze wszystkich swoich grzechów”, lub też zapowiedzenie, że zostanie on do „gołej kości” opalony rozgrzanym metalem lub utopiony. Szerzenie strachu i lęku poprzez: zamykanie w trumnopodobnych skrzyniach lub w beczkach, wypełnionych węgorzami i to w ciemności, aby „chory” myślał, że zamknięto go z jadowitymi wężami. Wrzucanie do specjalnie do tego celu spreparowanych atrap, np. więzienia, jaskini z lwami, placu egzekucyjnego lub sali operacyjnej; wywoływanie w „chorym” przerażających odczuć, gdzie po zamknięciu w ciemności z niewiadomych kierunków ktoś łapał go za włosy, za brodę, szturchał lub szarpał.
Wpływanie na „chorego” poprzez hipnozę i stosowanie w niej okrutnych sugestii. Poniżanie, wpędzanie w poczucie wstydu, poprzez wystawianie na widok publiczny (gdzie za pieniądze ich oglądano), wyzwiska, absolutną ciszę, zamykanie w izolatce nago i w ciemności, pozbawianie snu, rozkazywanie i żądanie absolutnego podporządkowania się. Przymus wykonywania prac zleconych przez „lekarzy”: w dozorstwie, ogrodnictwie, kuchni, przy porządkach, ale też wykopywanie dołów, które natychmiast kazano zakopywać, ciąganie ciężkich wózków po wyznaczonym torze… i wiele, wiele innych.

Autor: Andrzej Skulski
Nadesłano do „Wolnych Mediów”

Wesołych Świąt… A tak przy okazji, kim był Jezus?

Jezus jawi się nam jako prawdziwy społeczny krytyk i rewolucjonista, człowiek, który wskazał korupcję i spowijającą świat chorobę, oraz ujawnił nieuświadomione możliwości nowego sposobu życia – polegającego na społecznych więziach opartych na współczuciu i zrozumieniu. Jednym słowem, oferował nowe życie tym, którzy go szukali…

Na półkuli północnej grudniowe zimowe przesilenie zwiastuje nadejście zimy, kiedy to Słońce dociera do najbardziej na południe wysuniętego punktu na naszym niebie i rozpoczyna drogę powrotną na północ. W oczach starożytnych Słońce umierało i miało ponownie się odrodzić, jak robiło to każdego roku – był to symbol narodzin, odnowy i wiecznego powrotu. Zatem Sol Invictus (łac. Słońce Niezwyciężone) było źródłem kultu licznych słonecznych bogów przeszłości, włączając w to syryjskiego Elah-Gabala, Sola rzymskiego cesarza Aureliana i perskiego Mitrę.

Wcześni chrześcijańscy pogromcy, nie chcąc raczej przepuścić okazji na coś dobrego i nieco cynicznie przejmując filozofię „nie naprawiaj tego, co nie zepsute”, dostrzegli, że przesilenie będzie całkiem dobrze pasować do ich własnego, nowo narodzonego boga, Jezusa. (Nie ważne, że w Biblii nie ma żadnych wzmianek o czasie narodzin Jezusa, a wcześniejsze tradycje mówią o 6 stycznia, 28 marca, 20 maja, 20 kwietnia, itd.) Skoro w tym dniu narodziło się Słońce, to narodziło się również dziecię Jezus. Jak powiedział Jan Chryzostom, piszący w IV w., „Któż jest w rzeczywistości tak niezwyciężony jak Nasz Pan?” W istocie, ta koślawa logika, która upatrzyła sobie przyjęcie 25 grudnia za datę narodzin Jezusa, była bardziej normą niż żenującą anomalią, mit Jezusa miał bowiem wiele wspólnego w tymi wstrętnymi „obcymi” bogami. Tajemny kult Mitry oferował swym wyznawcom życie po śmierci. Ich rytualne posiłki i oczywiste podobieństwa do chrześcijańskiego dogmatu – cudowne narodziny, z martwych wstanie poprzez ofiarę, ostatnia wieczerza, oczyszczenie poprzez chrzest oraz fakt, że byli oni kumplami urodzonymi tego samego dnia, i wiele innych – doprowadziły do donoszenia na wyznawców tego kultu oraz larum, że to Mitra „imitował” Jezusa, a nie odwrotnie.

Jednakże Mitra nie był jedynym bogiem, czy też świętym człowiekiem, którego historia poprzedza czasowo historię Jezusa i cechuje się uderzającym do niej podobieństwem. Ozyrys, protagonista najwcześniejszych egipskich mitów, nie tylko został ochrzczony w Nilu, lecz zmarł i został wskrzeszony, by kontynuować swoje dobre dzieło. Kriszna, najwyższy bóg hinduizmu, zstapił, by walczyć ze złem, narodził się z dziewicy, opiekowali się nim pasterze, zwiastowali jego nadejście aniołowie oraz przeżył dziecięcą nagonkę złego króla, który bał się przepowiedni o młodym bożym dziecięciu. I oczywiście Budda, urodzony 25 grudnia przez dziewicę Maję, a jego narodzinom towarzyszyła „gwiazda zwiastująca wraz z mędrcami i aniołami śpiewającymi niebiańskie pieśni”. Chodził po wodzie, podczas postu był kuszony przez diabła, nauczał jako chłopiec, duszpasterstwo rozpoczął w wieku trzydziestu lat i w cudowny sposób nakarmił pięciuset ludzi (kto to liczył?). Och, i został odmieniony na górze, i mówiono, że jego twarz „świeciła jasnością Słońca i Księżyca”. A wszystko to prawie 500 lat przed pojawieniem się Jezusa.

Co mamy z tym wszystkim zrobić? Zacznijmy od faktów. Po pierwsze, jeśli chodzi o podobieństwa z Buddą, w latach przed Chrishną (właśnie tak było pierwotnie pisane imię Jezusa!) istniały drogi handlowe pomiędzy Indiami i Bliskim Wschodem, buddyjscy misjonarze mieli więc wystarczająco dużo okazji do sprzedawania swoich duchowych towarów i wymieniania się informacjami o „zbawcach”. W Aleksandrii, wylęgarni wczesnego chrześcijaństwa, dobrze znane były również mity Ozyrysa. Tak jak późniejsi chrześcijanie w swej misji naprawiania świata napotkali uparte wierzenia świata „pogan”, tak i wcześni chrześcijanie działali w czasie i miejscu zasiedlonym przez już istniejące mity, wierzenia i bogów.

Dla każdego prekursora nowej religii stanowi to problem. Jak wszyscy wiemy, wierzenia to podstępna rzecz. Nie tylko są najczęściej stare, ale prawdopodobnie z tego właśnie powodu niezwykle ciężko jest je przełamać. Chcecie dowodu? To dajcie ten artykuł do przeczytania jakiemuś przyjacielowi ze szczególnie silnie zakorzenionym systemem wierzeń religijnych (zwłaszcza chrześcijańskich), a zobaczycie co się stanie!

Z racji tego dziwnego fenomenu, że ludzie kurczowo trzymają się wierzeń – czy są prawdziwe czy też nie – nieunikniony jest kompromis. No bo co, jeśli pewne elementy tych starych wierzeń można z pożytkiem wykorzystać? Kiedy mit dawno już przekroczył swą datę „przydatności do użycia”, praktyka odświeżenia go może dostarczyć idealnej okazji do wstrzyknięcia pewnych dawno zapomnianych uniwersalnych wartości, omijając jednocześnie konserwatywne przekonanie, że „obce jest złe”. Innymi słowy, proces ten może prowadzić do odkrycia istoty mitu, wydobywając jego symbolizm i ukryte wartości i prezentując je na nowo ludziom, którzy ich łakną.

Z drugiej strony, wspaniała w teorii, praktyka ta jest dość często (tzn. zawsze) nadużywana przez jednostki z bardziej imperialistycznym nastawieniem i motywacjami. Weźmy za przykład historię chrześcijańskiego ucisku, mordy, działania wojenne i tortury. Mit chrześcijański nie tylko został użyty do przejęcia na siłę cudzych wierzeń, lecz również wiele wyplenił. Świątynie, manuskrypty, rytuały oraz niezliczone ilości ludzi, którzy po prostu odmówili chrześcijańskiego zwierzchnictwa, zostały zmiecione z powierzchni ziemi. I po co? Cóż, głównie ze względów politycznych. Chrześcijaństwo zyskało na znaczeniu, ponieważ zostało wybrane na oficjalną religię Imperium Rzymskiego. Jego przyjęcie miało naturę polityczną i cała reszta była tego konsekwencją. Do dziś ugrupowania chrześcijan planują przejęcie świata… dosłownie. (Zobaczcie pierwszy z serii artykułów w tym numerze, pt. „Tea Party and Dominionism” [Tea Partyi dominionizm]). Już samo to wystarczy za dowód, że mit chrześcijański dawno utracił swoją społeczną i duchową użyteczność, o ile rzeczywiście taką pierwotnie posiadał.

Prowadzi nas to do drugiego problemu – samej Biblii i tego, czego ewentualnie możemy dowiedzieć się o tym, kim naprawdę był Jezus. Opinia chrześcijańska, ewangelie i listy z „Nowego Testamentu”, nie są jednak oryginalnymi dokumentami historycznymi. Są albo kopiami kopii (tak więc zawierają nieokreśloną liczbę usunięć, wstawek i zmian), albo zostały utworzone w wiekach późniejszych, po okresie, w którym jakoby Jezus żył i chodził po ziemi (i zmarł, i zmartwychwstał). Przypuszczalnie najwcześniejsze manuskrypty pochodzą z drugiego wieku. Wszystko, co zdarzyło się przedtem, wymaga analizy najwcześniejszych tekstów. Badacz biblijny, Burton Mack, zrobił chyba wszystko, żeby w swoich książkach „Who Wrote the New Testament?” (Kto napisał Nowy Testament?) i „The Lost Gospel” (Zaginiona ewangelia) uczynić zapisy Nowego Testamentu i wierzenia wczesnego „ludu Jezusa” zrozumiałymi dla współczesnych czytelników.

Poprzez uważną analizę ewangelii i najwcześniejszych tekstów chrześcijańskich Mack i jego koledzy doszli do zaskakujących wniosków. Mówiąc w skrócie (przeczytajcie jego książki!), najwcześniejsze „warstwy” – tzn. zdania i teksty, które zostały włączone do opowieści o Jezusie – nie zawierają informacji o jego życiu i czynach. Podobnie jak w przypadku Ewangelii Tomasza, składają się na nie proste wypowiedzi – aforyzmy, dowcipne riposty do hipotetycznych prześmiewców, nasiona mądrości w formie przypowieści. Żadnych wzmianek o cudownych narodzinach, śmierci, zmartwychwstaniu, ani jakichkolwiek innych mitycznych elementów. Innymi słowy, jest bardzo prawdopodobnym, że cały mit chrześcijański został złożony z wcześniejszych idei, a mityczne archetypy, powszechne w cywilizacji helleńskiej tamtych czasów, zostały przeszczepione do tych wypowiedzi.

Hipotetyczne źródło tych wypowiedzi (nazwane przez naukowców „Q”) przedstawia Jezusa jako swego rodzaju mędrca cynika, jak Diogenes albo Krates. (Cynicy, należący do szkoły greckich filozofów, odrzucili normy kulturowe i używali dowcipu oraz humoru, by uwydatnić hipokryzję tamtych czasów.) Krótko mówiąc, Jezus jawi się nam jako prawdziwy społeczny krytyk i rewolucjonista, człowiek, który wskazał korupcję i spowijającą świat chorobę oraz ujawnił nieuświadomione możliwości nowego sposobu życia – społecznych więzi opartych na współczuciu i zrozumieniu. Jednym słowem, zaoferował nowe życie tym, którzy go szukali. To oczywiście, pociąga za sobą przede wszystkim śmierć starego życia – osobistych wzorców zachowań i współżycia, które doprowadziły do zapotrzebowania na jego nauczania.

Dość szybko jednak lud Jezusa stanął wobec problemów, o których wspomniałam powyżej, a mianowicie zakorzenionego systemu życia społecznego i wierzeń. Widoczny w dokumencie „Q” trend wskazuje, że lud Jezusowy – mając wielu żydowskich członków – znalazł się w sytuacji wymagającej uzasadnienia swego istnienia w kategoriach judaizmu. Mit bożego dziecięcia połączono zatem z mitem Mojżesza i chrześcijanie stali się „prawdziwymi” spadkobiercami żydowskiej tradycji. Co zabawne, w najwcześniejszych warstwach „Q” brak jest jakichkolwiek żydowskich komentarzy, co wskazywałoby na to, że nawet jeśli Jezus narodził się jako żyd (a tak naprawdę, nie ma na to żadnych dowodów), nie uważał się za takiego.

Co to wszystko oznacza? Z jednej strony, oznacza to, że być może większość tego, co myślimy o Jezusie i chrześcijaństwie, jest błędne. Lecz ziarna prawdy istnieją, znajdują się wśród plew zapożyczonego, skradzionego i wymyślonego kościelnego dogmatu. Wymagają tylko wnikliwego spojrzenia i śmierci długo utrzymywanych iluzji. W rzeczywistości jest to dość trudne zadanie, co prowadzi nas do drugiego kosmicznego pytania – co z tym zrobimy? Myślę, że możemy zacząć od odnalezienia istoty chrześcijaństwa. Co pozostanie, kiedy odrzucone zostaną wszystkie te kłamstwa? Co możemy odnaleźć w micie Jezusa i w mitach wszystkich religii świata?

Ponad wszystko inne, Jezus krytykował zastany stan rzeczy. Fakt, że robił to 2000 lat temu, nie oznacza wcale, że dziś sprawy mają się lepiej. Był on krytyczny nie bez powodu, a 2000 lat to czas wystarczający, by w obrębie jakiegokolwiek nauczania nagromadziły się wszelkiego rodzaju narośla i choroby. Z pierwotnego prądu, który, jak się wydaje, był otwarty na dobre strony innych wierzeń i kultur, chrześcijaństwo uwsteczniło się do postaci więzień zupełnie skostniałych wierzeń, przeciwko którym wcześniej występowało. Krótko mówiąc, chrześcijański mit znalazł się o krok od śmierci i tylko dzięki rozpoznaniu tego faktu może wyniknąć z tego coś nowego i dobrego. Mit ponownych narodzin ma potężną moc, a to mówi nam coś o funkcji mitu jako takiego.

Na wzór zahipnotyzowanego chłopca, który nie może opuścić kręgu zakreślonego przez hipnotyzera, chrześcijanie bojaźliwie zamknęli swe umysły na prawdy, które często mogą być odnalezione jedynie poza ich systemem wierzeń. Lecz zakładanie i zaręczanie, że „pojąłem to”, blokuje wszelkie szanse dowiedzenia się, czego tak naprawdę nam brakuje. Jezus i Budda probowali pokazać ludziom, jak być „prawymi”, udzielając im praktycznych rad. Z samej natury przedmiotu rad (ludzkie zachowania, wady, wierzenia, emocje) oznacza to psychologiczne prawdy. Lecz psychologia zawsze była niebezpieczna, zakazana i wymazywana przez wszystkich przywódców, którzy obawiali się, że poprzez stosowanie wiedzy, którą ma ona do zaoferowania, poddani mogliby wyczuć ich tajne interesy i ukryte zamiary.

Świat potrzebuje nowej religii, takiej, która opiera się na zasadach o uniwersalnych wartości zakorzenionych w powszechnej możliwości empatii i zdobywania wiedzy, bez względu na kolor skóry czy wierzeń rodziców. Jeśli więc jesteś prawdziwym chrześcijaninem, buddystą czy też wyznawcą hinduizmu bądź jakiejkolwiek większej czy mniejszej religii – co powinien oznaczać dla ciebie czas Bożego Narodzenia?

Boże Narodzenie to czas na odrzucenie przestarzałych monoteistycznych religii i przyjęcia czegoś nowego – nowego w nas samych, w naszym świecie i w sposobie w jaki odnosimy się do innych. W tym roku więc świętujmy Boże Narodzenie, lecz niech będzie ono wolne od wymyślnych wyobrażeń, jakimi zostało zabarwione w przeszłości. Zamiast tego, wykożystajmy je jako okazję do zbliżenia się do naszych bliskich i może do skupienia się na tym, co znaczy odrodzić się, co znaczy walczyć ze złem i co oznacza taki świat, który jest zupełnie możliwy, kiedy żyjemy w świetle prawdy.

- -

Ten artykuł jest przekładem oryginału zamieszczonego w języku angielskim w magazynie:
The Dot Connector Magazine
dokonanym przez polskich tłumaczy z grupy QFG – edytorów blogu PRACowniA.

Materiał ten został opublikowany przez FOTCM i jest jego własnością. Zezwala się na kopiowanie i publiczne rozpowszechnianie pod warunkiem podania oryginalnego źródła i autora oraz żródła przekładu.

http://pracownia4.wordpress.com/

Nadeslane:  Sonial13

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 3 542 obserwujących.